Australia i Polonia, Felieton, Świat

Australijski obciach

Zawsze miałem słabość do przaśności. Uwielbiałem w Europie Środkowej te spóźnione pociągi z zacinającymi się drzwiami, bary mleczne z panią Stasią wrzeszczącą „RUSKIE!!!” głosem francuskiej szansonierki, szanowałem torby z Biedronki i kanapki w sreberku na drogę.

Myślę, że potrzebujemy banału jako życiowo ważnego antidotum na pretensjonalność i kij w częściach tylnych. Jasne, czasem trzeba się odchamić, ale dla zachowania równowagi w kosmosie warto pamiętać o ponownym schamieniu się do adekwatnego poziomu. Dlatego – w ramach zachowania higieny psychicznej – po koncertach muzyki klasycznej chodziłem zbombić się ze znajomymi do robotniczych knajp, gdzie wypłukiwaliśmy Czajkowskiego piwem z niedomytego kufla. Pamiętam też żywo przypadkową wizytę w jednej z restauracji na peryferiach. Przed wejściem stał pień z wbitą siekierą, na ścianie wisiał rozbity neon Coca Coli i gazetka z ulotkami lokalnych nacjonalistów, senny kelner po krótkiej kłótni z kucharzem przyniósł menu napisane długopisem na kartce wyrwanej z zeszytu. W sałatce znaleźliśmy piasek, w ryżu – żwir. Good times.

Kraje Zachodu miewają renomę sterylnych, pozbawionych tego elementu swojskiego, słowiańskiego bajzlu – ale nic bardziej mylnego, a Australia jest najlepszym tego przykładem. Wprawny poszukiwacz kiczu szybko wyniucha tu takie trufle przaśności, że aż się skarpety w sandałach podwijają.

Czerwony ląd ma swoją własną wersję amerykańskich rednecków – atrybutami miejscowego „bogana” jest twarz czerwona od słońca, poszarpana flanelowa kamizelka i ilość uzębienia odwrotnie proporcjonalna do pustych puszek walających się po okolicy. Raz w roku australijscy bogans spotykają się na festiwalu, na którym można posłuchać rocka prostego jak umysł prezentera TVP i wziąć udział w konkursie o najładniejszą fryzurę a lá „czeski piłkarz”.

Ale to nie koniec atrakcji. Każda przyzwoita mieścina prędzej czy później musi zbudować przy drodze ogromną statuę luźno związaną z lokalną historią. Budżet jest zazwyczaj tak niski, jak ambicje artystyczne, a więc wzdłuż zakurzonych australijskich dróg ciągnie się korowód kuriozalnych monumentów w kształcie krabów i ananasów, karaluchów i owiec, najczęściej zaprojektowanych przez lokalnego plastyka i zbudowanych w dwa weekendy metodą „ty weź szwagra, ja przyniosę piwo i młotek”.

Odpowiednikiem wspomnianych skarpetek w sandałach jest tutaj chodzenie w klapkach lub na bosaka, głęboko zakorzeniony zwyczaj, który tłamsi wszelkie tradycje czy konwenanse zawleczone z zagranicy. Australijczycy chodzą bez butów na zakupy i do teatru, bez względu na porę dnia czy warunki pogodowe, i jest to na swój sposób tak rozczulające jak polskie oblizywanie rąk przypadkowo napotkanym niewiastom; piękne jak nadbałtycki parawaning.

Nie powielajmy więc szkodliwych stereotypów. Jak prawi staropolskie przysłowie, które właśnie wymyśliłem – klapek od sandała nie gorszy.