Kultura, Lifestyle, Polska

Ciężkie grzechy zaniedbania krytyków literackich. Przypadek drugi: Krzysztof Szymoniak

W kolejnym eseju prof. Karo Samsel podejmuje próbę rozliczenia polskiej krytyki literackiej z jej długotrwałych zaniedbań i ślepych plam. Punktem wyjścia staje się twórczość Krzysztofa Szymoniaka — poety konsekwentnie pomijanego, a zarazem istotnego dla zrozumienia nurtu autobiograficznej, „kaskaderskiej” poezji w Polsce po 1989 roku. Autor pyta, dlaczego krytyka unika literackiego ryzyka, jaką cenę płaci za własny konformizm i co tracimy, ignorując tradycję szczerego, bezkompromisowego pisania o doświadczeniu.

Fot. DlaPolonii

Jednoznaczność polskiego literaturoznawstwa i jednoznaczność polskiego dyskursu krytycznoliterackiego powoli staje się solipsyzmem, szkodząc przede wszystkim – własnej retoryce: stajemy się samodyskursywni, nie potrzebujemy nadawców ani odbiorców, tym chętniej podajemy się jednak za nich, fingując ogólny proces nadawczy i proces nadawczy, oferując jedynie czyste globalizacje – bez uniwersalizacji, globalizacje bez globalizacji i globalności. Skoro eksplozje sensu od dłuższego czasu nie skutkują ani w interpretacji, ani krytyce, proponowałby – dywersywne implozje – sięganie w przeszłość, by podkładać pod konkretne zjawiska literackie, dziś zapomniane, niekiedy pominięte, bardzo niesłusznie – implozywny materiał refleksyjny, rodzaj przeciwkrytycznej i przeciwliteraturoznawczej, tj. przeciwdyskursywizującej – refleksji.

Obiektem podobnych zabiegów mógłby stać się – Krzysztof Szymoniak, dla mnie i mojego odbioru literatury bardzo symboliczny – choćby: przez wzgląd na Poemat amerykański, formatywny dla mnie i moich wyborów twórczych jeszcze przed tworzeniem poematu Autodafe 1-9. Chciałbym w Szymoniaku widzieć – a przynajmniej spróbować dostrzec tę dywersywną oraz implodotwórczą szansę dla polskiej literatury XXI wieku – dosyć eksplodotwórstwa – bo mówią Eliotem, świat współczesnych eksplozerów „właśnie się kończy”, „nie hukiem, ale skomleniem”. To, co należałoby tutaj docenić – ze względu na siłę modernizacyjną, transformacyjną – to styl autobiograficzny Szymoniaka – głęboki, wiwisekcyjny, tworzący niekiedy – formy solikowium grozy, tzn. autogotycyzmu, automakabry, a niekiedy – stany ekshibicjonistycznego paraliżu, czy też ekshibicjonistycznej parabazy, ekshibicjonistycznej ironii romantycznej:

że tak naprawdę to nie mam odwagi skończyć
z tym wszystkim, np. osiedlając się
w Neapolu na via Spaventa
albo wyskakując z dziesiątego piętra
na betonowy trawnik wprost pod nogi
dojrzewających nastolatek obryzgując je
mózgiem i krwią serdeczną […]
że zginął bez wieści mój duch szlachetny
jeśli ktoś go spotka na pustej drodze
w czyśćca mrocznej celi
niech się nie trwoży niech mu w serce strzeli
że umarłem wiosną któregoś roku w hotelowej
mansardzie gdzie do dzisiaj obraz
mojego ciała udaje że jestem tym którego
chcecie pamiętać
że najlepsze wiersze ułożyłem z martwych liter
gdy opuściła mnie poezja.

W równym stopniu przychodzi tu na myśl Ginsberg, co Żernicki, Babiński, tomik Różańskiego Córeczka poezja, co Wojaczek, a także Pułka. Mógłbym wymienić poetów podobnego pokroju – takich z mojej ziemi, których podejrzewam nie bez słuszności – o „ginsbergowskie ukąszenie”, którego tak bardzo krytyka literacka, penetrując ciało polskiej literatury, się wstydzi lub brzydzi – Wojciecha Woźniaka, Bogusława Huberta Fedorowicza. Mógłbym twierdzić, że wiersze Piotra Przybyły czy Szymona Domagały-Jakucia dopiero byłyby epilogiem długiego trwania Ginsberga w Polsce – pytanie jednak jest inne i to ono domaga się odpowiedzi – dużo ważniejszej niż mój przydługi komentarz. Czemu, z jakich powodów, udajemy, że długiego trwania Ginsberga w Polsce nie było? Czy chodzi tutaj o derewolucyjny styl krytyki literackiej – z miejsca lub z wyprzedzeniem pacyfikujący, lub kolonizujący, lub po prostu – „przekupujący” – polskich rebeliantów literatury, realnych lub potencjalnych?

Na czym polega: problem kłopot komentarza literackiego z kaskaderstwem jako stylem życiopisania? Czy chodzi o kontrolę siły scenicznej obecnej w Polakach i w polskiej literaturze, wszak „nasz naród jak lawa”, kaskaderzy natomiast – siła sceniczna kaskaderskiej poezji jest atawistyczna i niesterowalna – komentarz, który musi towarzyszyć poezji kaskadowej i kaskaderskiej musi pozostawać więc bezinteresowny, nie zasili więc żadnego polskiego „teatru interesu”? Szymoniak pisze rozbrajająco szczerze – oślepia nas wręcz swoją bezwzględną prawdomównością, gdy twierdzi, że wszystko, co najważniejsze, przeżył, zanim jeszcze zaczął cokolwiek rozumieć:

Prawda o Ameryce dla mnie nie istnieje, bo nigdy
tam nie byłem. Ameryka przyszła do mnie wiele lat temu,
zanim nauczyłem się rozumieć to, co czytam, zanim
pojąłem sens słów, znaków i obrazów. Ameryka przyszła
do mnie miedzą, ścierniskiem, łąką i kałużą, nie bacząc
na wierzby i bocianie gniazda.

Na podobnych zasadach Kazimierz Brakoniecki pisał w Amor fati, niedocenionym tomie przez siebie uznawanym za najważniejszy w skali dorobku, w wierszach takich – chociażby, jak Do penisa – tworząc tu właściwie bardzo charakterystyczną dla swojego pokolenia kaskaderską formę erotyku, inną niż jego odmiana nekrotyczna, nekrozoficzna, obecna chociażby u nieomawianego już od lat – Krzysztofa Gąsiorowskiego, w wierszach takich, jakSczeźniemy Irenko…

Tak, Gąsiorowski (rocznik 1935) estetyzujący nekrotypie, to zupełnie inna historie ekshibicjonistów lat 50. XX wieku – szlifujący swój głęboki styl ekshibicjonistyczny tak, ażeby był metonimem strategii autobiografizmu poetyckiego, który przedsiębrali jako naczelną intencję autorską.

Kiedyś ci dwaj autorzy: Brakoniecki oraz Szymoniak, rocznik 1952 oraz rocznik 1953 – powinni zostać poddani szczegółowemu porównaniu pod kątem ekshibicyjnej czy ekshibicjonistycznej ewokatywności wierszy – już zwłaszcza form poematowych, by przywołać tu chociażby dwa inne, a jednak wyznaniowo i konfesyjnie jakoś zbieżne Poemat amerykański Szymoniaka oraz Portret młodego poety Brakonieckiego. Nazwałbym to mimetyzmem intymnym i wyraźnie oddzielił od intymnego skandaloholizmu – więcej tu Bursy niż Wojaczka. Zwłaszcza u Szymoniaka…

Jak poeta zapisuje w dosyć istotnej dla mnie [naszej małej metafizyce] – „bo nie / potrafiłem rzeczy najprostszej: oddzielić piwa od / Nienazwanego i ułożyć jak trzeba paru słów i zdań”. Ostatecznie, podkreśla Szymoniak ewokatywnie, chodzi o to, „co usłyszało ucho naszych marzeń, a czego nie dotknęły nigdy palce i języki naszych wrogów”. Tak, nasze ucho, nic więcej, żadnych środków, żadnych narzędzi, żadnych instrumentom – przeciwko ich palcom, ich językom: ostatnie słowo należy do nich, właśnie dlatego że pierwsze od zawsze należy jedynie do nas – właśnie na tym polega prawdziwy autobiografizm…

Karol Samsel

 

Źródło: DlaPolonii