Lifestyle, Polska

Historia kobiet jako klucz do analizy przemian społecznych” – rozmowa z dr hab. Agnieszką Szudarek

Historia kobiet to nie dodatek, lecz integralna część dziejów społeczeństw. O badaniach nad ruchem kobiecym, roli Polek i Niemek w przemianach społecznych oraz o zmianie perspektywy w historiografii opowiada dr hab. Agnieszka Szudarek, prof. US – dyrektorka Instytutu Historycznego Uniwersytetu Szczecińskiego.

Dr hab. Agnieszka Szudarek, prof. US Fot. Leszek Wątróbski

– W swojej pracy zajmuje się Pani historią społeczną, ze szczególnym uwzględnieniem historii kobiet. Skąd w ogóle narodził się ten kierunek?

– Swoją karierę naukową rozpoczęłam w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Szukając tematu do pracy doktorskiej, a później habilitacyjnej, bardzo chciałam zająć się czymś niszowym i nowatorskim. Wówczas problematyka kobieca w Polsce wchodziła dopiero na salony naukowe. Zafascynowała mnie i została ze mną na stałe. Dziś jestem postrzegana głównie jako badaczka historii kobiet. Czasem nawet przeciwko temu protestuję, bo to tylko jedna strona moich zainteresowań badawczych, ale niewątpliwie z tego obszaru jestem najbardziej znana.

– Pani wcześniejsze badania dotyczyły m.in. stowarzyszeń kobiecych w Szczecinie na przełomie XIX i XX wieku. Co udało się Pani wtedy odkryć?

– W monumentalnych Dziejach Szczecina te organizacje pojawiają się jedynie na marginesie, jako klasyczna, XIX-wieczna działalność filantropijna wykształconego mieszczaństwa. Mnie jednak – poza samą dobroczynnością – interesował ruch emancypacyjny. W Niemczech jego główny nurt miał specyficzny charakter, oparty na tzw. feminizmie różnicy (paradygmacie maternalnym).

W przeciwieństwie do radykalnych, zachodnich sufrażystek walczących o prawa wyborcze oraz równość kobiet i mężczyzn, większość niemieckich działaczek nie negowała tradycyjnego podziału płci. Dążyła natomiast do dowartościowania „tego co kobiece”. Uważała obie płcie za równe, ale odmienne i wobec siebie komplementarne. Niemieckie aktywistki także w Szczecinie uznawały biologiczne powołanie do macierzyństwa hasło, pod którym powinny wkraczać do sfery publicznej. Domagały się też praw wyborczych, ale głównie po to aby zyskać realny wpływ na ustawodawstwo rodzinne czy ochronę pracy robotnic.

– W polskiej literaturze te ruchy bywają jednak spłycane.

– Niestety tak, niesłusznie wrzuca się te organizacje do jednego worka z tradycyjną dobroczynnością. A one wyraźnie odcinały się od dyletanctwa polegającego na samym rozdawaniu datków. Stawiały na profesjonalizację pracy społecznej, co umożliwiało im obejmowanie urzędów w miejskiej administracji socjalnej i opiekuńczej.

– Obecnie finalizuje Pani prestiżowy grant Narodowego Centrum Nauki zatytułowany: „Niemki i Polki w polityce społecznej Poznania na przełomie XIX i XX wieku”. Jak przeniosła Pani te pomorskie doświadczenia na grunt wielkopolski?

– Wykorzystałam swoje wcześniejsze doświadczenia i wiedzę z zakresu historii społecznej XIX-wiecznych Prus i Pomorza. Dotychczas Poznań analizowano głównie z perspektywy społeczeństwa polskiego, natomiast aktywność Niemek była słabo rozpoznana. Postanowiłam więc zbadać, jak w Poznaniu funkcjonowały instytucje państwa pruskiego, które znałam już z terenu Pomorza. W ten sposób odkryłam zupełnie nowe, nieznane dotąd w nauce polskiej obszary.

Nowoczesna polityka społeczna miast pruskich – zarówno Szczecina, jak i Poznania – wynikała z gwałtownej industrializacji i jej ciemnych stron: ubóstwa, fatalnych warunków mieszkaniowych czy wysokiej umieralności niemowląt. Reformatorzy społeczni zrozumieli, że aby uzdrowić sytuację w dzielnicach robotniczych, trzeba uzdrowić dom, a naturalnymi ekspertkami od spraw rodziny są właśnie kobiety. Wprowadzano je więc na urzędy honorowe i do administracji miejskiej.

Co fascynujące, w Poznaniu w tych niemieckich strukturach administracji miejskiej funkcjonowały również Polki. System opieki był finansowany z podatków wszystkich mieszkańców, a większość najuboższych jego beneficjentów stanowili Polacy. Obecność polskich opiekunek społecznych chroniła ich przed germanizacją. Władze niemieckie patrzyły na to przyzwalająco, ponieważ brakowało im urzędników.

– Czy w tych historiach natrafiła Pani na jakieś szczególne, indywidualne biografie?

– Oczywiście, historia społeczna to przecież historia ludzi. Przykładem ze Szczecina może być Stowarzyszenie Kobiet Szczecińskich (Stettiner Frauenverein), powołane w latach 90. XIX wieku. Sama nazwa była celowo neutralna i „niewinna”, aby mężowie – których zgoda była wówczas wymagana do działalności publicznej żon – nie widzieli w tym zagrożenia.

Wybitną postacią tego środowiska była Rosa Vogelstein, żona szczecińskiego rabina, która przybyła do miasta w 1880 roku. Jako osoba nowa i do tego Żydówka, początkowo nie mogła przebić się ze swoimi nowoczesnymi pomysłami na pracę społeczną. Dopiero po 10 latach, gdy poznała wpływową i szanowaną wdowę po szczecińskim burmistrzu – panią Sternberg – i uczyniła z niej oficjalną liderkę projektu, inicjatywa odniosła sukces. Rosa Vogelstein świadomie usunęła się w cień, dzięki czemu stowarzyszenie przyciągnęło około 400 kobiet i mogło realnie pomagać kobietom i dzieciom z klasy pracującej.

– Słuchając Pani, trudno nie odnieść wrażenia, że historia społeczna ma w sobie gigantyczny ładunek świeżości. Dlaczego zatem studenci wciąż tak chętnie uciekają w historię polityczną?

– Niezmiernie nad tym ubolewam. Studenci piszący prace licencjackie i magisterskie wciąż chętniej wybierają historię polityczną, nie dostrzegając potencjału historii społecznej. A historia społeczna to historia idei i mentalności. Zawsze powtarzam studentom, że historia polityczna jest wtórna wobec przemian społecznych – Wielka Rewolucja Francuska nie wybuchłaby, gdyby nie wcześniejsza myśl oświeceniowa kwestionująca dotychczasowy porządek polityczny.

Dla mnie historia społeczna jest fascynująca, ponieważ nie oferuje gotowych, powszechnie znanych wzorów myślenia o przeszłość. Tu narrację trzeba dopiero samodzielnie ułożyć mając do dyspozycji szereg drobnych faktów i zinterpretować przyjmując różne perspektywy i kategorie analityczne.

– I to ułożyć bezpośrednio ze źródła. Czy prawdą jest, że Pani ulubionym miejscem pracy jest archiwum?

– Zdecydowanie! Największą satysfakcję sprawia mi właśnie przesiadywanie w archiwach. Niezwykle cenię sobie ten moment, kiedy wychodzę z archiwum z rękami czarnymi od pyłu i mam pewność, że tych dokumentów nikt przede mną nie przeglądał. Radość z odkrycia informacji, o której nikt inny nie ma pojęcia, jest dla mnie najwspanialszym wynagrodzeniem za żmudne godziny spędzone nad aktami. W obecnej konfiguracji obowiązków mam na to coraz mniej czasu, ale wciąż staram się regularnie odwiedzać Archiwum Państwowe w Poznaniu oraz wyjeżdżać na kwerendy do Berlina.

– Czego w takim razie życzyć Pani na ten nadchodzący czas?

– Przede wszystkim pomyślnego zakończenia grantu NCN i sfinalizowania monografii naukowej podczas nadchodzących wakacji oraz satysfakcjonujących wyników ewaluacji ministerialnej dla naszego Instytutu. Drzemie w nas ogromny potencjał!

– Dziękuję za rozmowę. Życzę udanego zakończenia grantu NCN i szybkiego sfinalizowania monografii!

Rozmawiał: Leszek Wątróbski