Kultura, Polska, Życie i społeczeństwo

Jan Lechoń – poeta, skamandryta, sumienie emigracji

Poeci, którym przyszło dorastać u progu niepodległości, tworzyć w odrodzonej Rzeczypospolitej a potem kres życia spędzać w nowej, „lepszej”, Polsce Ludowej, są w pewien sposób symbolem całego pokoju. Jan Lechoń, a właściwie Leszek Józef Serafinowicz, może śmiało być symbolem literackich zwycięstw, ale także osobistych dramatów poetów tamtych lat.

Jan Lechoń Fot. Forum

Lechoń pochodził z dobrze sytuowanej rodziny Serafinowieczów – szlacheckiego rodu o korzeniach tatarskich. Młodość spędził w Warszawie, gdzie uczęszczał do szkoły imienia Stanisława Staszica, by później przenieść się do innej placówki. To właśnie tam, w szkole pod patronatem Emiliana Konopczyńskiego przyszły skamandryta po raz pierwszy próbował swoich sił w poezji.

Swój pierwszy tomik wierszy, „Na złotym Polu” wydał w wieku zaledwie 13 lat, już pod pseudonimem Jan Lechoń. Wiersze Lechonia mogły zaskoczyć odbiorce dojrzałością, a także charakterystyczną dla epoki, dekadencką melancholią poety, urodzonego na przełomie wieków. Utwory tego typu, reprezentujące nurt apokaliptycznej schyłkowości, były wyrazem zagubienia nowego pokolenia artystów, którzy czuli, że historia się już skończyła, a ludzkość nie czeka już nic donośnego. Wydarzenia, które już wkrótce miały wstrząsnąć Europą udowodniły jednak, że jeszcze wiele się wydarzy.

Widmo światowych wojen powoli zbliżało się do niczego nieświadomych młodych ludzi, którzy dopiero odkrywali siebie. Jan Lechoń, wychowywany w duchu etyki swoich rodziców, bardzo wcześnie był świadomy swojego literackiego talentu oraz obowiązku wykorzystania go w słuszny sposób.

„Co wypada — było to też dla mnie ciągłe przymierzanie się do jakiegoś nieokreślonego ideału, może nawet bardziej polskiego niż po prostu ludzkiego. Gdzieś w podświadomości czułem się Słowackim, którym chciała mnie mieć moja Matka. Właściwie więc — myślałem sobie, czy to wypada Słowackiemu, czy Słowacki mógłby tak postąpić” – pisał wiele lat później w swoich dziennikach Lechoń, opisując lata swojej młodości.

Ta młodość miała upływać pod znakiem sławy poetyckiej oraz wielkiej historii, która stała się jego udziałem. W 1916 rozpoczął studia na katedrze filologi polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Studiów tych nigdy nie ukończył, ale podczas nauki jego losy skrzyżowały się z Kazimierzem Wierzyńskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Julianem Tuwiem oraz Antonim Słonimskim. To z tymi poetami miał wkrótce stworzyć grupę Skamander, jedyne w swoim rodzaju nagromadzenie talentów i wspólnych poglądów na sztukę. Współtworzył z nimi czasopismo „Pro Arte et Studio” oraz kawiarnię „Pod Picadorem”, które mimo krótkiego czasu istnienia zapisały się w historii kultury dwudziestolecia międzywojennego.

Ten czas, nazywany okresem pomiędzy konfliktami zbrojnymi, był jednak daleki od pokojwego. W 1920 komunistyczna Rosja skierowała swoje spojrzenie na zachód. Na drodze światowej rewolucji spod sztandarów Marksa i Engelsa stanęła jednak odrodzona Polska. Jan Lechoń, tak jak wielu artystów z jego pokolenia odpowiedział na wezwanie. Pracował w Biurze Prasowym Naczelnego Wodza Piłsudskiego.

Pełnoprawny debiut literacki Lechonia nastąpił właśnie w niespokojnym roku 1920. Karmazynowy Poemat, zbiór wierszy odnoszących się do dziedzictwa kulturowego Polski. Jest to fascynujące połączenie ideii i motywów epoki romantyzmu połączonych także z bardziej współczesnemu poecie nurtem Młodej Polski. Lechoń odnosił się zarówno do przeszłości (na przykład poświęcając wiersz teoretykowi romantyzmu Maurycemu Mochnackiemu) ale też teraźniejszości (wiersze Jacek Malczewski i Piłsudski).

Te ekspresywne, bogate w metafory religijne, ojczyzny i literatury wiersze zostały niemal od razu docenione przez szerszą publikę, co jest niemałym osiągnięciem dla początkującego poety. Wspomnienia Ludwika Morstina, poety, redaktora i męża stanu dobrze opisują fenomen Karmazynowego Poematu.

„Wielkie wrażenie zrobił na mnie jego debiut poetycki, ale nie tylko na mnie. Jak to się dzieje — dziwił się jeden z wytrawnych krytyków — że żaden z młodych poetów, nie wyłączając Słowackiego, nie zaczynał swojej kariery literackiej od takich fenomenalnych utworów jak Lechonia. Mochancki, Karmazynowy poemat, a później Srebrne i czarne wzbudzały powszechny entuzjazm, choć te dwa tomiki razem liczyły zaledwie kilkanaście wierszy, ale sięgały szczytów twórczości literackiej. Słychać było w strofach tych poematów szum skrzydeł geniuszu poetyckiego”

Porównania ze Słowackim, mimo że mogą dziwić, wydawać się przesadą, były jednak jak najbardziej zasadne. Lechoń wyróżniał się na tle swoich towarzyszy ze grupy Skamander. Jego sposób bycia oraz pisania zdawał się być bliższy właśnie XIX wiecznym romantykom. Współcześni jemu wspominają, że Lechoń ubierał się jak gentleman z dawno minionej epoki. Twórczość poety odzwierciedlała takie spojrzenie na świat.

Niestety, jego wrażliwość, nagła sława i szczerze odczuwana miłość do ojczyzny były trudne do udźwignięcia w trudnych realiach zbliżającej się, kolejnej już światowej wojny. Wybuch wojny przerwał jego aktywną działalność kulturową w Paryżu. Lechoń miał już do Polski nigdy nie wrócić. Poeta próbował odnaleźć się najpierw w realiach brazylijskich, a potem w Stanach Zjednoczonych. Angażował się aktywnie w życie Polonii, zawierając znajomości z wieloma wybitnymi osobami, ale odcięcie go od ojczyzny miało niszczący wpływ na jego psychikę.

Polska, jej historia i dorobek kulturowy były w końcu głównym źródłem inspiracji Lechonia. Tym trudniej było mu zaakceptować niewolę Rzeczpospolitej, trzymanej pod czerwoną okupacją, która zastąpiła poprzednich, brunatnych oprawców. Jan Lechoń źle znosił konformizm pogodzonych z socjalizmem poetów, którzy zostali (albo wrócili do kraju), krytykował także działalność kulturową niektórych środowisk emigracyjnych. Dla poetów takich jak Lechoń, wrażliwych patriotów i romantyków, nie było już miejsca w powojennej, smutnej rzeczywistości.

Gdy 8 czerwca 1956 Jan Lechoń skoczył z dwunastego piętra nowojorskiego hotelu Hudson, świat opuścił nie tylko on sam. Zniknął także archetyp poety piszącego o ojczyźnie w sposób wrażliwy i symboliczny. Niestety, tacy artyści mieli stać się pieśnią przeszłości i częścią historii, o której tak chętnie pisał Jan Lechoń.

 

Maciej Bzura

 

 

Źródło: DlaPolonii