Australia i Polonia, Lifestyle

Moja misja w Gruzji (1983-2002): Od „miłosnej emigracji” do Polskiej Szkoły – opowiada Małgorzata Pawlak

Myślę, że istotny jest sam początek mojego pojawienia się w Gruzji. Przyczyną była tak zwana „miłosna emigracja” – bardzo lubię tę nazwę, Byłam wtedy po absolutorium na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiowałam filologię rosyjską.

Małgorzata Pawlak Fot. LW

Był sierpień 1983 roku. Jesienią czekała na mnie obrona pracy magisterskiej. Na wakacje wybrałam się nad Morze Czarne, a potem z poznanymi tam przyjaciółmi pojechałam na kilka dni do Tbilisi. Wyjazd ten przewrócił do góry nogami moje dotychczasowe plany życiowe i napisał im nowy scenariusz.

Trudno było mi pogodzić się z rozstaniem z poznanym właśnie chłopakiem z Gruzji, granice naszych krajów były zamknięte, a że zawsze byłam aktywną dziewczyną walczącą o swoje, udałam się więc prosto do gabinetu rektora Tbiliskiego Uniwersytetu – Waży Okudżawy i zapytałam, czy może mogłabym tu postudiować… Rektor spojrzał na mnie z nieskrywanym zaciekawieniem – nic dziwnego – w 1983 roku, byłam tam swego rodzaju „zjawiskiem” – gruzińskie dziewczyny ubierały się wtedy ascetycznie, nosiły raczej długie, długie ciemne stroje, a ja w moich szortach i kolorowym T-shircie, blondynka z wyraźnym polskim akcentem, zdecydowanie się wyróżniałam.

Rektor uśmiechnął się na mój widok i zapewnił, że chętnie mnie przyjmie, pod warunkiem, że sama załatwię wszystkie formalności. Nasze uniwersytety nie miały wówczas podpisanych umów o współpracy. Dla dwudziestoparolatki nie było przeszkód – sama przetłumaczyłam dokumenty, pojechałam do ambasady w Moskwie, zdobyłam stypendium i we wrześniu wylądowałam w Gruzji. Przyjęto mnie na trzeci rok filologii rosyjskiej; musiałam nadrobić sporo materiału, bo na wydział ten zdawała młodzież już z doskonałą znajomością języka, program studiów był więc znacznie bogatszy.

Życie w Tbilisi i elity gruzińskie

W 1985 roku wyszłam za mąż, za swojego gruzińskiego wybranka, a w 1987 urodziła się moja córka (która obecnie mieszka w Warszawie). Zamieszkaliśmy w Tbilisi, w elitarnej dzielnicy – Wake, tuż przy pięknym parku.

Szczerze mówiąc, trudno byłoby mi tam przetrwać tyle lat, w dodatku w wymagającej roli „gruzińskiej żony”, gdyby nie wspaniała rodzina mojego męża. Byli to ludzie starannie wykształceni, kulturalni, elita gruzińskiej stolicy. Teść był ministrem, przez 20 lat zawiadował uzdrowiskami i kurortami Gruzji, teściowa była doktorem medycyny, mąż architektem. Wszyscy mieli rosyjskie wykształcenie, co w czasach Związku Sowieckiego było wyznacznikiem statusu – kto nie znał rosyjskiego, uchodził za osobę z prowincji.

Mroczne lata 90. i wojna

W styczniu 1992 roku, po krwawych walkach w stolicy, obalono pierwszego prezydenta niepodległej Gruzji Zwiada Gamsachurdię, a jego miejsce zajął Eduard Szewardnadze. Wkrótce rozpoczął się konflikt w Osetti, a po nim wybuchła krwawa wojna z Abchazją. Ponad 200 tys. gruzińskich rodzin zamieszkałych w Abchazji ratowało się ucieczką, odbywając morderczą przeprawę przez wysokie pasma górskie i przełęcze.

Nastały straszne czasy dla Gruzji: konflikt za konfliktem, wojna domowa, a po niej grasujące po kraju bandy uzbrojonych bandytów. Ludzie bali się wychodzić na ulice, mieszkania rabowano w biały dzień. Skończyły się pieniądze, prąd i ogrzewanie, był problem ze zdobyciem żywności. Poranne kolejki po chleb sięgały setek metrów.

Odkrywanie kaukaskiej Polonii

Szukając ucieczki od tęsknoty i nostalgii, zaczęłam chodzić do polskiego kościoła. Na niedzielnych mszach (jedna odbywała się w języku polskim) siedziała garstka wiernych – ja, paru obcokrajowców, grono staruszek i, oczywiście, śledzący nas agenci KGB. Jeden z nich regularnie wzywał mnie do swojego gabinetu na uniwersytecie, starannie wypytując o wszystko. Nie znosił mnie, bo się go nie bałam, byłam osobą hardą i wyemancypowaną. Wtedy w Gruzji lepiej było być Amerykaninem niż Polakiem – przez działalność „Solidarności” postrzegano nas jako niebezpiecznych buntowników.

Przełomem stała się rozmowa w kościele ze jedną ze starszych pań. Moją uwagę zwrócił jej przepiękny, inkrustowany polski modlitewnik. Okazało się, że to pamiątka po jej dziadku, generale Antonim Kułassowskim – głównym lekarzu Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego Armii Carskiej. Zaprosiła mnie do swojego domu, który był pełen pamiątek: biblioteczka wykonana przez generała, wiersze, herb, zdjęcia. Z ogromnym zainteresowaniem wysłuchałam historii tej rodziny. Dowiedziałam się, że rodzeństwo, których imiona przez dziesięciolecia powtarzał cały muzyczny świat – Marii, Kazimierza i Michała Wiłkomirskich – to cioteczna rodzina mojej rozmówczyni.

Wkrótce poznałam inne starsze panie, bywalczynie katolickiego kościoła im. Piotra i Pawła. Wszystkie miały w paszportach wpisaną rosyjską narodowość – w obawie przed represjami z lat 30tych zabieg ów ratował Polakom życie.

Wysłuchawszy tej i kolejnych rodzinnych opowieści, uświadomiłam sobie, że te piękne karty polskiej historii, niespisane, odejdą w zapomnienie. Podczas wizyty w Polsce udało mi umówić spotkanie z panią Marszałek Senatu. Zaplanowana pięciominutowa wizyta przeciągnęła się znacznie dłużej. Pani Marszałek uznała sprawę za bardzo ważną i zachęciła do współpracy z Komisją ds. Polonii za Granicą.

Tak zrodziła się idea wydawania kwartalnika „Kaukaska Polonia, którego została naczelną redaktorką. Czasopismo opisuje historie życia Polaków i ich zasługi na rzecz regionu, od połowy XIX w. W Bibliotece Narodowej w warszawie znajduje się 50 numerów wydawanych przez kilkanaście lat.

Powstanie Polskiej Szkoły

Pochodzę z rodziny nauczycielskiej i ten szlachetny „bakcyl” zawsze we mnie tkwił. Szkoła ma swoje początki w latach 1995/96. Zaczęło się od niewielkiej grupy dzieci polskiego pochodzenia zaproszonych na kolonie do Polski. Miałam je nauczyć podstawowych zwrotów po polsku. Po powrocie, zachwycone dzieciaki i ich rodzice zwrócili się do mnie z prośbą o kontynuowanie nauki języka. Wkrótce dołączyły inne dzieci z rodzicami, a nawet starsze panie z kościoła. Zbierała się już ogromna ilość chętnych i musiałam pomyśleć o zorganizowaniu jakiejś konkretnej placówki.

Uczniowie polskiej szkoły sobotniej w Tbilisi podczas wiosennego obrzędu topienia Marzanny w rzece Kura (2002) Fot. MP

W 1998 roku, po rozmowach we Wspólnocie Polskiej w Warszawie, zarejestrowałam w Tbilisi organizację – Polskie Centrum Edukacyjne. Medea Dzidziguri, ówczesna dyrektorka Domu Sztuki w Tbilisi, której opowiedziałam o swoim pomyśle, bez wahania i nie bacząc na brak pieniędzy, udostępniła mi pomieszczenie na klasę i dostęp do sceny w sali widowiskowej. Robiłam to wszystko kierowana entuzjastycznym porywem, patriotycznym zapałem i pełną determinacji chęcią niesienia pomocy. Zapewne dlatego spotykało się to na każdym kroku z dużym zrozumieniem i otwierały się przede mną najbardziej niedostępne drzwi. W pierwszym pomieszczeniu pod klasę sama malowałam ściany i podłogi. Ławki szkolne i podręczniki przekazane przez Wspólnotę Polską sprowadziłam samolotem z Rzeszowa.

Rozkwit działalności

Centrum Edukacyjne, rok po powstaniu, powołało do życia Polską Szkołę im. Królowej Jadwigi w Tbilisi– dzieci same wybrały tę patronkę, zachwycone jej historią. Szkoła stała się bezpiecznym, radosnym azylem, nie tylko dla najmłodszych, ale także dla ich rodziców i dziadków. Miejscem, gdzie nie tylko odbywała się nauka języka, ale miejscem, gdzie pielęgnowano utracone polskie tradycje i obyczaje, miejscem, w którym ożywała polska historia, gdzie wpajano dzieciom dumę ze swojego pochodzenia – swoich polskich korzeni.

Wspominałam, że szkoła rozpoczęła działalność w bardzo trudnych dla Gruzji czasach. Lekcje, próby szkolnego teatrzyku, czy zespołu tanecznego, z braku prądu, odbywały się w pierwszych latach przy świetle świec, zdarzało się też, że dzieci mdlały na zajęciach z głodu. Pomoc humanitarna, którą otrzymywaliśmy z Polski była nie do przecenienia. Pamiętam siedmioletnią dziewczynkę, która, na widok słodyczy i kolorowych przyborów szkolnych rozłożonych na ławkach, wyszeptała zachwycona i przejęta: „Boże, jak w niebie…”.

W 1999 roku Gruzję odwiedził Papież Jan Paweł II, a dla uczestniczących w spotkaniu z Nim uczniów polskiej szkoły była to okazja do zademonstrowania trwałości polskich tradycji na Kaukazie i umocnienia w sobie samych wiary przodków.

Z dziećmi polskimi w Tbilisi Fot. MP

Dwa lata później, w 2001 roku, złożył oficjalną wizytę w Gruzji prezydent Kwaśniewski z małżonką. Pani Jolanta Kwaśniewska odwiedziła naszą szkołę, przywożąc w prezencie bogatą bibliotekę, a spektakl przygotowany na tę okazję przez uczniów, przeszedł do historii szkoły. Prezydent zapewnił odtąd coroczne miejsca na studia w Polsce dla naszych absolwentów, ja zaś zostałam uhonorowana medalem „Za Zasługi dla Kultury Polskiej”.

Choć dziś moje zasługi pozostają w cieniu, a ja sama od lat nie uczestniczę aktywnie w życiu szkoły, to każde przypadkowe spotkanie na ulicy w Warszawie moich byłych uczniów, przypomina mi o latach w Gruzji i o mojej najpiękniejszej misji.

Leszek Wątróbski