Życie Ireny Dziedzic skończyło się w opuszczeniu. Dzieci nie miała i mieć nie chciała. Członków Jej rodziny szukali przez dwa miesiące i nie znaleźli. Nie miał Ją nawet kto pochować. Jakie życie taka śmierć…? Co za okrutne porzekadło!
Pamiętam Jej wyniosłą postać. Gdy pojawiała się na korytarzach telewizji przy Woronicza wszyscy schodzili z drogi. Miała pychę i majestat królowej, przejmujące spojrzenie bazyliszka i postawę głównodowodzącego wielkiej armii. Zawsze była w tym pancerzu. Skąd się taka wzięła? Kto ja nauczył, że jest władczynią świata? Bali się Jej. W studio rozstawiała wszystkich po kątach. Ale nigdy nie widziałam Jej plotkującej w „Kaprysie” ( kawiarnia w gmachu TV) lub by w innym miejscu była otoczona radosnym gronem znajomych. 15 każdego miesiąca kasa wypłacała pieniądze pracownikom i oprócz kolejki do kasy stała obok długa kolejka Jej wierzycieli. Pożyczała pieniądze i nie oddawała. Dyrektor Mody Polskiej opowiadał mi, że kiedyś zażyczyła sobie nowe kreacje. Przyjechali do Jej domu. przywieźli pełny wybór. Wszystkie stroje wzięła i za nic nie zapłaciła, Gdy firma się upominała odburknęła oburzona: „Gierkowi rachunki przyślijcie, bo ja na niego pracuje”. Dyrektor Mody przestraszył się i niezapłacone stroje pani Dziedzic potraktował jako reklamę.

Była niesłychanie pracowita. Przygotowując się do rozmowy w studio wertowała książki i publikacje, ofiarnie przygotowywała swych rozmówców podczas wielokrotnych spotkań i uczyła ich na blachę odpowiedzi i błyszczała, błyszczała na ekranie…
W 1975 zadzwoniła do mnie osobiście (ach ,co to był za zaszczyt dla młodej dziennikarki!). – „Halo! Słyszałam, że pani zna Ojca Klimuszko. Proszę mi przyprowadzić do studia tego księdza – wydała mi polecenie, choć w żaden sposób nie byłam Jej podległa Ale Klimuszko nie chciał! Jasnowidzący Franciszkanin odmawiał i odmawiał odpowiadając niezmiennie ze śmiechem: – ”Ale ja nie jestem do pokazywania w telewizji! ”. Wielka Pani Telewizji nie mogła zrozumieć, ze ktoś Jej może odmówić, bo wszyscy do TE:LE-ECHA się pchali. Naciskała na mnie wielokrotnie, rozkazywała, groziła i nie mogłam Jej wytłumaczyć, że nie mogę wymusić wizyty jasnowidzącego Zakonnika
O ile wiem żaden mężczyzna z Nią nie wytrzymał! Opowiadano jak to znany aktor Ignacy Gogolewski po krótkim, wspólnym zamieszkiwaniu, pewnego poranka zostawił Jej rano kartkę: „Wyszedłem, aby nie wrócić”. I nie wrócił.
Pamiętam też inne zdarzenie. Przed północą wracałam do domu z jakiegoś późnego nagrania w TVP. Hulał jesienny wiatr i nagle na pustej ulicy zauważyłam znajomą postać. Zatrzymałam samochód, zaproponowałam ze podwiozę. Irena Dziedzic mieszkała jeszcze wtedy na Kruczej, więc było mi nawet po drodze. Wróciłam do domu i widzę, że Irena wysiadając zabrała z mojego auta reklamówkę, gdzie była moja delegacja służbowa i bilet na następny dzień. Przecież muszę jechać! Co robić? Nie miałam jej telefonu. więc zaczynam dzwonić po znajomych. Wreszcie dostaję telefon i dzwonię nieśmiało. – „Tak – bełkocze mi z drugiej strony słuchawki – proszę do mnie przyjechać”. Wsiadam więc w samochód i nocą jadę na Kruczą. Otwierają się drzwi mieszkania i widzę Wielką Gwiazdę w stanie żałosnej rozsypki – sama w eleganckiej kawalerce i kompletnie pijana: bełkocze, zatacza się, trzęsącymi rękami podaje mi reklamówkę. Musiała wypić jednym haustem żeby się aż tak ubzdryngolić…
Tłumy zazdrościły, ze taka piękna, elegancka, mądra i bogata, a to było ludzkie nieszczęście: bez rodziny, bez przyjaciół, samotna straszliwie i po prostu nie umiejąca żyć! Bo największym szczęściem człowieka jest miłość. przyjaźń i inni ludzie – po prostu… Ciekawa jestem, czy to zrozumiała w 93 roku życia?
Wanda Konarzewska
Autorka jest dziennikarką, autorką filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych w latach 60. 70. i 80. XX wieku.