Stocznia to nie tylko produkcja i liczby, ale przede wszystkim ludzie, relacje i całe społeczne zaplecze, które przez dekady współtworzyło życie miasta. O potrzebie nowych badań nad środowiskiem stoczniowym, o znaczeniu niedawnej konferencji w Szczecinie i o przywracaniu tej historii należnego miejsca opowiada Sebastian Ligarski, dyrektor Centrum Solidarności „Stocznia”. To rozmowa o pamięci, wspólnocie i stoczni jako zjawisku znacznie wykraczającym poza ramy przemysłu.

– 25 czerwca w Szczecinie odbyła się międzynarodowa konferencja poświęcona historii stoczni. Skąd wziął się pomysł na to wydarzenie?
-To inicjatywa, która wyrasta wprost z naszych celów statutowych. Od początku zakładaliśmy, że Centrum Solidarności Stocznia nie będzie wyłącznie miejscem pamięci czy ekspozycji, ale także ośrodkiem refleksji naukowej i badawczej. A jednocześnie dostrzegliśmy ogromną lukę – w Polsce praktycznie nie prowadzi się pogłębionych badań nad stoczniami jako środowiskami społecznymi. Mamy albumy statków, suche dane produkcyjne, ale brakuje opowieści o ludziach, relacjach, miastotwórczej roli stoczni.

– Czyli konferencja miała wyjść poza klasyczne myślenie o przemyśle?
– Zdecydowanie tak. Chcieliśmy pokazać, że stocznia to wspólnota. To miejsca pracy, ale też edukacji, kultury, sportu, wypoczynku. Stoczniowcy traktowali swoje zakłady jak drugi dom. Mówiliśmy o klubach zainteresowań, domach kultury, ośrodkach wypoczynkowych, całym zapleczu społecznym, które dziś jest niemal nieopisane. Konferencja z 25 czerwca była próbą nadania temu wszystkiemu ram naukowych.
– Jak ocenia Pan efekty konferencji?
– Bardzo wysoko. Po pierwsze – pojawiły się nowe tematy, jak choćby wpływ kryzysów gospodarczych lat 70. i 80. na przemysł stoczniowy czy emocjonalny wymiar strajków. Po drugie – zaczęliśmy mówić językiem porównań: Gdańsk, Gdynia, Szczecin. To niezwykle ważne, bo historia stoczni ma charakter wspólny, ale lokalnie bardzo zróżnicowany. I po trzecie – konferencja pokazała, jak ogromny potencjał badawczy tkwi w archiwach szczecińskich.

– Jaką rolę w tym wszystkim pełni dziś Centrum Solidarności Stocznia?
– Chcemy być platformą łączącą historię, naukę i żywe doświadczenie. Prowadzimy badania, organizujemy konferencje, ale też zapraszamy młodzież, byłych stoczniowców, dawnych opozycjonistów. Stawiamy na edukację – zwiedzania, spotkania, wolontariat. Budynek sam w sobie jest nośnikiem emocji: dźwięków, zapachów, autentyczności. I to właśnie ta niezmieniona tkanka robi na młodych największe wrażenie.
– Jakie są główne kierunki działania Centrum na najbliższy czas?
– Po pierwsze – kontynuacja badań naukowych i wydanie materiałów pokonferencyjnych, również z konferencji czerwcowej. Po drugie – rozwój oferty kulturalnej: koncerty, wystawy, filmy, działania artystyczne. Po trzecie – prace infrastrukturalne, które pozwolą nam bezpiecznie funkcjonować i przyjmować coraz większą liczbę odwiedzających. I wreszcie – budowanie sieci współpracy, także międzynarodowej, bo historia przemysłu stoczniowego nie zna granic.
– Czym więc była Wasza konferencja?
– Była naprawdę ważnym sygnałem, że Szczecin wraca do rozmowy o stoczni nie tylko sentymentalnie, ale również naukowo i odpowiedzialnie. To nie jest zamknięty rozdział historii – to temat, który wciąż domaga się badań, opowieści i obecności w przestrzeni publicznej.




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












