Lifestyle, Polska

SS Stettin wraca do domu

Parowy olbrzym, który pamięta dawny Szczecin, wojnę, lód na Odrze i długie lata pracy w Hamburgu. W sierpniu 2026 roku znów zawitał do miasta, w którym się urodził. Są statki, które po prostu pływają. Są też takie, które stają się częścią historii miejsc, z którymi związane były przez dziesięciolecia. „Stettin” należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.

Parowiec wpływa do portu szczecińskiego Fot. FB Żagle 26

Kiedy patrzy się dziś na jego czarny kadłub, biały pokład i charakterystyczny żółty komin, trudno uwierzyć, że ten potężny parowy lodołamacz ma już ponad dziewięćdziesiąt lat. A jednak. Jego historia zaczęła się właśnie tutaj – w Szczecinie, w stoczni Stettiner Oderwerke.

Budowę rozpoczęto 31 sierpnia 1932 roku. Statek zwodowano i ochrzczono 7 września 1933 roku, a 16 listopada tego samego roku został ukończony. Miał służyć przede wszystkim temu, aby zimą nie zamarzała droga wodna łącząca Szczecin ze Świnoujściem i Bałtykiem. Był jednym z najważniejszych lodołamaczy szczecińskiej floty, a zarazem jej statkiem flagowym. W tamtym czasie w skład tej floty wchodziły również „Preußen”, „Pommern”, „Berlin” i „Swinemünde”.

Można powiedzieć, że „Stettin” był dzieckiem miasta portowego. Powstał dlatego, że Szczecin potrzebował drożnej rzeki i drogi na Bałtyk. Port żył z żeglugi, a żegluga nie mogła pozwolić sobie na to, aby zimą lód zamknął Odrę i podejście do Świnoujścia.

Statek z niezwykłym sercem

„Stettin” już w chwili powstania był konstrukcją nowoczesną. Zastosowano w nim charakterystyczny dziób typu Runeberg, którego zadaniem było skuteczne rozcinanie lodu. Nie chodziło tylko o ciężar jednostki. Ostry kształt dziobu pozwalał przecinać pokrywę lodową.

Jeszcze bardziej niezwykłe było jednak jego serce – maszyna parowa. W 1933 roku silniki Diesla były już przecież coraz powszechniejsze. Konstruktorzy zdecydowali się jednak na napęd parowy. I mieli ku temu bardzo praktyczny powód. Maszyna parowa pozwalała niezwykle szybko zmienić kierunek obrotów. W warunkach lodowych miało to ogromne znaczenie. Gdy statek ugrzązł w lodzie, możliwość szybkiego przejścia z „naprzód” na „wstecz” mogła zdecydować o uwolnieniu jednostki.

Maszyna o mocy około 2200 koni mechanicznych pozwalała „Stettinowi” kruszyć lód o grubości dochodzącej do pół metra. Gdy lód był grubszy, trzeba było stosować tak zwane boksowanie – kilkakrotnie rozpędzać jednostkę i uderzać w lodową pokrywę, aż w końcu ustąpiła. To musiało być niezwykłe widowisko. Kilkaset ton stali, para, dym z komina, huk pracującej maszyny i trzask pękającego lodu. A na pokładzie ludzie, którzy wiedzieli, że ich praca nie jest romantyczną przygodą, lecz koniecznością. Od ich umiejętności zależało bowiem, czy inne statki będą mogły dotrzeć do portu.

Zima, lód i 22 ludzi

Załoga „Stettina” liczyła 22 osoby. Lodołamacze obsługiwała firma żeglugowa Braeunlich, która w okresie letnim wykorzystywała podobny personel przy obsłudze promów kursujących do nadmorskich kurortów.

Statek pracował przede wszystkim na torze wodnym Szczecin–Świnoujście, a także na wodach Zatoki Pomorskiej. Zimą pojawiał się tam, gdzie inne jednostki nie mogły już swobodnie przejść.

Jego praca nie ograniczała się jednak do kruszenia lodu. „Stettin” mógł także pomagać w rozmrażaniu zlodowaciałych śluz. Wykorzystywano do tego przegrzaną parę oraz specjalny inżektor parowy. To jeden z tych technicznych szczegółów, które pokazują, jak pomysłowi byli dawni konstruktorzy i marynarze.

Dzisiaj, w epoce nowoczesnych silników, komputerów i elektronicznych systemów nawigacyjnych, trudno sobie wyobrazić statek, którego najważniejszym narzędziem pracy była para.

A jednak właśnie dzięki niej „Stettin” przetrwał

Wojna zabrała mu niewinność. Historia nie pozwoliła jednak, aby jego służba ograniczała się do ratowania statków przed lodem.

W 1940 roku lodołamacz został skierowany do służby w niemieckiej marynarce wojennej. W nocy z 8 na 9 kwietnia 1940 roku uczestniczył w niemieckiej operacji zajęcia Kopenhagi. Później służył w różnych zadaniach związanych z wojną. W 1942 roku został uszkodzony po wejściu na minę i wycofano go z bezpośredniej służby wojennej.

Pod koniec wojny jego historia stała się jeszcze bardziej dramatyczna. „Stettin” wykorzystywano do przewozu niemieckich żołnierzy oraz uchodźców uciekających ze wschodu.

Trudno dziś patrzeć na ten statek wyłącznie jak na piękny zabytek techniki. Jego stalowy kadłub pamięta bowiem również najbardziej tragiczne doświadczenia XX wieku.

W 1945 roku jednostkę przejęli alianci. Po wojnie trafiła do służby na wodach niemieckich, związana przede wszystkim z Hamburgiem. Przez kolejne dziesięciolecia pracowała na Łabie, w porcie hamburskim, na Kanale Kilońskim i w Zatoce Kilońskiej. Szczecin pozostał natomiast miastem jego narodzin.

Miał skończyć w hucie

W 1981 roku „Stettin” zakończył służbę. Po blisko pół wieku pracy mógł skończyć tak jak wiele starych statków – w stoczni złomowej. I wtedy wydarzył się drugi cud w jego historii.

Grupa miłośników dawnych statków postanowiła go uratować. Powstało stowarzyszenie, rozpoczęła się ogromna społeczna praca. Tysiące godzin poświęcono na remont i zachowanie jednostki. Dzięki zaangażowaniu pasjonatów oraz pomocy sponsorów „Stettin” nie trafił na złom. Został uznany za zabytek kultury technicznej landu Szlezwik-Holsztyn.

Dzisiaj jego portem macierzystym jest Hamburg, a na stałe cumuje w porcie muzealnym Oevelgönne. Nie jest jednak martwym eksponatem. Wciąż potrafi ruszyć w drogę.

Bierze udział w wielkich imprezach morskich, między innymi w Hanse Sail w Rostocku, Kieler Woche czy urodzinach portu w Hamburgu. Na jego pokład wchodzą turyści, miłośnicy techniki, marynarze i ludzie, którzy po prostu chcą poczuć atmosferę dawnej epoki.

Załoga nadal dba o jego parowe serce. W kotłowni pali się węgiel, a miłośnicy jednostki żartują nawet, że najlepszy jest ten ze Śląska. Olej opałowy? Dla niektórych niemal profanacja. I może właśnie dlatego „Stettin” wciąż ma duszę.

Powrót do Szczecina

Po wojnie statek wracał już do Szczecina kilkakrotnie. Odwiedził miasto w 1998, 2006 i 2013 roku. Ale każda jego wizyta tutaj ma w sobie coś więcej niż tylko morski festyn. Bo „Stettin” nie przypływa do przypadkowego portu. Przypływa do miejsca, w którym został zbudowany. Do miasta, którego nazwę nosi na burcie. Do miejsca, w którym przed ponad dziewięćdziesięciu laty robotnicy Stettiner Oderwerke składali jego kadłub, montowali maszynę, kotły i urządzenia, nie wiedząc oczywiście, jak niezwykłą przyszłość będzie miał ich statek. I znów jest Szczecin.

Przetrwał przedwojenny Szczecin. Przetrwał wojnę. Przetrwał minę, która mogła zakończyć jego historię. Przetrwał powojenne zmiany granic. Przetrwał dziesięciolecia ciężkiej pracy. Wreszcie przetrwał własną starość, kiedy w 1981 roku miał zostać zezłomowany. A teraz, po ponad dziewięćdziesięciu latach, znów pojawia się przy szczecińskich nabrzeżach. Czy można wyobrazić sobie piękniejszy powrót?

Statek, który pamięta

Patrząc na fotografie „Stettina” z tegorocznego pobytu, można odnieść wrażenie, że historia zatoczyła koło. Na jednej z nich widać ludzi stojących na szczecińskim nabrzeżu, na drugiej – sam statek z charakterystycznym napisem STETTIN na burcie.
Wokół współczesny Szczecin: samochody, tramwajowa infrastruktura, nowoczesny port, tłumy turystów. A pośrodku tego wszystkiego – statek z 1933 roku. Jakby na chwilę zatrzymał czas.

„Stettin” jest bowiem czymś więcej niż lodołamaczem. Jest żywym eksponatem historii portowego Szczecina. Pokazuje, jak wyglądała technika, która kiedyś decydowała o bezpieczeństwie żeglugi. Przypomina o ludziach pracujących zimą na zamarzniętej Odrze. Przypomina o wojnie i jej konsekwencjach. Wreszcie pokazuje, że nawet stary statek może dostać drugie życie, jeżeli znajdą się ludzie, którzy uznają, że warto go ocalić.

I chyba właśnie dlatego jego powrót do Szczecina ma taką wymowę. Nie przypłynął tutaj tylko po to, żeby go oglądać. Przypłynął, żeby przypomnieć, skąd pochodzi.
Po latach znów stoi na wodzie miasta, które dało mu życie. A para w jego kotle – jeśli tylko pozwolić jej pracować – nadal może opowiadać historię. Historię Szczecina. Historię „Stettina”. Historię statku, który po ponad dziewięćdziesięciu latach wciąż potrafi wrócić do domu.

Leszek Wątróbski