Lifestyle, Polska, Sport

Szczęśliwy remis z Nigerią czyli kadra w rozsypce

Kiedy sędzia Marian Alexandru Barbu gwizdał po raz ostatni na PGE Narodowym, na trybunach i w loży prasowej dało się wyczuć jedno dominujące uczucie: potężny niesmak. Reprezentacja Polski zremisowała wczoraj z Nigerią 2:2, rzutem na taśmę kończąc ten koszmarny, pełen rozczarowań sezon. Oglądałem to widowisko i choć ostatecznie uniknęliśmy porażki, jako dziennikarz i kibic jestem głęboko zdegustowany poczynaniami naszej drużyny narodowej.

Przemysław Wiśniewski – środkowy obrońca, który uratował Polskę przed porażką z Nigerią Fot. GPT/kadr z transmisji TVP Sport

Ten wczorajszy „szczęśliwy” remis idealnie podsumował bolesną prawdę o stanie polskiego futbolu. Najpierw przecież przegraliśmy kluczowy finał baraży do zbliżających się dużymi krokami Mistrzostw Świata ze Szwecją. Parę dni temu w meczu towarzyskim ograła nas Ukraina. Człowiek łudził się, że starcie z Nigerią na własnym terenie przynajmniej zatrze to fatalne wrażenie i pozwoli godnie pożegnać się z kibicami. Nic z tego. O włos uniknęliśmy kompromitacji z rywalem, który przecież wcale nie grał w swoim najmocniejszym zestawieniu – selekcjoner gości w samej przerwie wymienił aż siedmiu zawodników, traktując nas jak poligon doświadczalny. A my? My drżeliśmy o wynik do ostatnich sekund.

 

Honor tego wieczoru uratowali wyłącznie… obrońcy. To paradoks, biorąc pod uwagę, że nasza defensywa momentami przypominała szwajcarski ser, a Kamil Grabara w bramce, podobnie jak jego koledzy po fachu, zaliczył raczej słaby występ (zaczęło się od jego fatalnego, zbyt lekkiego podania już na samym początku). Nigeria wyszła na prowadzenie w 23. minucie, gdy po interwencji VAR sędziowie uznali trafienie Terema Moffiego. Tuż przed przerwą, w doliczonym czasie pierwszej połowy, sprytem w polu bramkowym wykazał się niespełna 19-letni Kacper Potulski. Debiutujący w wyjściowym składzie defensor FSV Mainz świetnie dostawił nogę po dograniu Nicoli Zalewskiego i zdobył swoją pierwszą bramkę w seniorskiej kadrze.

Druga połowa to kolejny pokaz naszej niemocy. Po niefortunnym zagraniu ręką Kacpra Kozłowskiego w szesnastce, sędzia podyktował rzut karny, który w 77. minucie bezwzględnie wykorzystał Paul Onuachu. Gdy wydawało się, że zejdziemy z boiska pokonani, w doliczonym czasie gry błyskiem geniuszu popisał się Przemysław Wiśniewski. Obrońca Widzewa Łódź huknął jak z armaty z około 30 metrów i uratował remis na 2:2. Dla obu naszych defensorów były to premierowe gole w kadrze i jedyne jasne punkty tego ponurego wieczoru.

Robert Lewandowski i Przemysław Wiśniewski Fot. GPT/kadr z transmisji TVP Sport

A co działo się z przodu? Obraz nędzy i rozpaczy. Robertowi Lewandowskiemu partnerzy praktycznie w ogóle nie podawali piłek, jakby zapomnieli, że mają na boisku snajpera tej klasy. A kiedy już raz przypadkiem, w 72. minucie, po fatalnym błędzie nigeryjskiej defensywy, „Lewy” znalazł się w stuprocentowej sytuacji sam na sam z Maduką Okoye, uderzył tak nieczysto, że bramkarz gości bez problemu zażegnał niebezpieczeństwo. Kilka minut później uderzenie kapitana z rzutu wolnego również padło łupem golkipera.

Patrząc na tę bezładną kopaninę, na ten brak pomysłu, chemii i jakiejkolwiek powtarzalności pod wodzą Jana Urbana, poczułem paradoksalną ulgę. Teraz wiem, że dobrze się stało, iż nie awansowaliśmy na te nadchodzące Mistrzostwa Świata. Bóg nas uchronił przed wyjazdem na ten turniej. Przynajmniej nie będzie tradycyjnego, narodowego wstydu, który przerabialiśmy już tyle razy w historii: wielkich nadziei, a potem ekspresowego potrójnego aktu – meczu otwarcia, meczu o wszystko i meczu o honor. Po tym, co Polacy zaprezentowali w czerwcu, zamknęlibyśmy ten turniej już po dwóch spotkaniach grupowych. Sezon na szczęście się skończył. 

Grzegorz Turski (gpt)