Australia i Polonia, Lifestyle, Podróże, Promujemy

„Ze słońcem twarzą w twarz”

Na film Simona Targeta Michael Kozok’s Australian Journey czekałam z wielką niecierpliwością, zwłaszcza że kilka tygodni wcześniej miałam przyjemność spotkać Michała, jego żonę Ewelinę i syna Natana w Konsulacie RP w Sydney. Teraz oglądam ich na wielkim ekranie.

Film zaczyna się sceną, w której Michał stoi na olbrzymim klifie Steep Point, najbardziej wysuniętym na zachód punkcie Australii. Tu zaczyna się jego wielka australijska podróż. Odtąd będzie mógł liczyć tylko na siebie i na to, co może unieść oraz mieć przy sobie.

Michał Kozok z synem Natanem fot. Ela Chylewska

Następny kadr: syn Natan stoi przed wielką mapą Australii z wyznaczonym na niej szlakiem wędrówki Michała. „Mój tata chce przejść przez cztery pustynie, dotrzeć do czterech przylądków i zdobyć siedem najwyższych szczytów”. „Chce sobie udowodnić, że da radę, że potrafi tego dokonać” – opowiada żona Ewelina. „Chce przejść Australię bez pomocy żadnego zmotoryzowanego pojazdu. Nie tak prosto przez środek. To byłoby za łatwe dla Michaela”.

Przed wyjściem taty na wielką wyprawę Natan nuci piosenkę Maanamu:

Czekam na wiatr, co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na „raz!”
Ze słońcem twarzą w twarz.

Te słowa wielokrotnie słyszymy w filmie Simona, choć nie zawsze towarzyszy im słońce. W trakcie 412 dni Michał spotyka na swojej drodze wszystkie możliwe warunki pogodowe: upał, mróz, słońce, deszcz i śnieg. Widzimy, jak zmienia cienkie koszulki na przeciwdeszczowe kurtki, kapelusz i okulary słoneczne na ciepłą czapkę, jak zdejmuje przetarte doszczętnie skarpety i opatruje rany na stopach.

Środki transportu, którymi się porusza lub na których przewozi ekwipunek i prowiant, to: wózek sklepowy, rower, taczka, rolki, coś, co wygląda jak dwukołowy zaprzęg – trudno to jednoznacznie nazwać. Jest też deskorolka, hulajnoga i deska surfingowa. Wszystkiego nie potrafię wymienić. Natomiast to, co zostaje w pamięci, to uśmiechnięta twarz Michała i okrzyki radości, gdy osiąga kolejne cele. Najwyższy szczyt Australii Zachodniej, Mount Meharry (1249 m), zdobywa już w pierwszych tygodniach wyprawy.

Kadr z projekcji filmu “Michael Kozok’s Australian Journey” fot. Ela Chylewska

W międzyczasie zastanawia się, kiedy najlepiej wybrać się na taką eskapadę. Gdy syn ma cztery lata czy czternaście? Siedmioletni Natan nie potrzebuje już dziecięcego wózka. Za to przydaje się on Michałowi. Do czasu, gdy zamienia go na rower, a potem na taczkę. Michał zbudował ją sam, po czym wysłał statkiem do lokalnego farmera, którego znalazł przez internet. Teraz spokojnie odbiera kolejny środek transportu. Na taczce jest w stanie przewozić 50 litrów wody. To wystarczająca ilość na tydzień marszu.

Swoją podróż Michał nagrywa telefonem komórkowym i niewielkim dronem. Dzięki temu możemy podziwiać na ekranie niesamowite miejsca, florę, faunę i malownicze krajobrazy, również z lotu ptaka. Nowy dzień podróżnik zaczyna o czwartej lub piątej rano, gdy jeszcze jest ciemno. O tej porze nie ma wiatru ani much, nie poci się tak mocno i może pić mniej wody. W ten sposób oszczędza energię i wodę. Wszystkie studnie i zbiorniki wodne na trasie ma dokładnie oznaczone. Dzięki temu przechodzi pustynie Little Sandy i Gibson – 600 kilometrów w 26 dni. Od Windy Corner do Patjarr. W tej aborygeńskiej społeczności mieszkają tylko dwie osoby. Shane i Dadina wspomagają samotnego podróżnika prowiantem. Jakie to piękne! Przecież podczas samotnej, długiej wyprawy najważniejsze pytania brzmią: czy wystarczy wody, jedzenia i sił?

I jeszcze, żeby nic się nie zepsuło, a jeśli już, to oby dało się łatwo naprawić. Mimo że nie ma miejsca na błędy, zdarzają się niespodziewane okoliczności, na przykład droga niemożliwa do przejścia. Trzeba wtedy iść dookoła, nadłożyć kilometrów i wypić więcej wody.

W dniu swoich czterdziestych siódmych urodzin Michael dociera do Kata Tjuta. Taki był plan. Stamtąd do Uluru jest tylko godzina jazdy samochodem, ale to nie wchodzi w grę. Podróżnik wybiera bardziej malowniczy szlak, który okazuje się mocno zarośnięty.

Jest bardzo podekscytowany, gdyż w resorcie obok Uluru czeka na niego rower.

Michał zdobywa Mount Woodroffe (1435 m), najwyższy szczyt Australii Południowej, po czym wraca do Terytorium Północnego, aby wejść na Mount Zeil (1531 m). Stęskniona rodzina – żona i syn – są już w drodze do Alice Springs. Spotykają Michała i we troje wyruszają na wędrówkę słynnym szlakiem Larapinta Trail. Obietnica kolejnego spotkania za pięć miesięcy, w Sydney, na Boże Narodzenie, łagodzi rozstanie. Rodzina wraca do domu, a nasz bohater rusza w stronę największego wyzwania. Przed nim Simpson Desert. 426 kilometrów pustynnej drogi Michael pokonuje w siedemnaście dni.

Wilgoć, muchy, kamienie. Przychodzi moment, że kończą się zapasy, a do miejsca, gdzie znajomy farmer dostarczył prowiant, pozostaje jeszcze 200 kilometrów. Michał idzie dniem i nocą. Na szczęście dociera do umówionego miejsca i znajduje dostawę. W środku, oprócz suchego prowiantu, jest niespodzianka. Żona farmera włożyła do paczki olbrzymiego steka. Michał nie posiada się z radości. Równie wielką niespodziankę sprawia mu spotkanie z farmerem i jego synem, którzy jadą dwie godziny samochodem, aby spotkać podróżnika.

Przed wędrowcem jeszcze jedna pustynia – Strzelecki Desert. Aby do niej dotrzeć, Michał przekracza Lake Eyre, najniżej położony punkt Australii (15 m poniżej poziomu morza).

Pustynia nazwana na cześć Pawła Edmunda Strzeleckiego znajduje się na pograniczu Queensland, Australii Południowej i Nowej Południowej Walii. Stamtąd część drogi Michael pokonuje, płynąc na desce po rzece Darling. Jego celem jest Wilson’s Promontory – najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnej Australii. Skoro jest już w stanie Wiktoria, zdobywa również najwyższy szczyt stanu – Mount Bogong (1986 m). Następnie rusza w stronę Gór Śnieżnych i w mrozie, śniegu oraz z wiatrem w oczy wchodzi na Górę Kościuszki (2228 m).

Reżyser filmu “Michael Kozok’s Australian Journey” Simon Target i Konsul Generalny RP Piotr Rakowski fot. Ela Chylewska

Po drodze do stolicy Michał zdobywa kolejny szczyt, tym razem najwyższy w Australijskim Terytorium Stołecznym – Bimberi Peak (1913 m). Już na rowerze dociera do Canberry i podjeżdża pod nowoczesny budynek australijskiego parlamentu. W 269. dniu wielkiej wyprawy podróżnik dociera do Botany Bay w Sydney.

Tak jak obiecał, Michał spędza święta Bożego Narodzenia z rodziną, po czym wyrusza do Byron Bay. Po sześćdziesięciu dniach dociera na Cape Byron, najbardziej wysunięty na wschód punkt Australii. Do zdobycia pozostaje mu już tylko jeden szczyt – Bartle Frere (1611 m), najwyższa góra Queensland. Po niej już tylko Cape York. Miejsce, które sama przejechałam samochodem z napędem na cztery koła. Zajęło mi to osiemnaście dni. Michał dociera tam rowerem. Nie chce przeprawiać się przez rzekę Jardine promem, ponieważ jest to środek transportu z napędem mechanicznym. Szuka więc innej drogi. Postanawia dojść do najbardziej wysuniętego na północ punktu Australii wybrzeżem, choć tam czyhają na niego inne niebezpieczeństwa – krokodyle.

Podczas odpływów przejeżdża plaże rowerem. Do Tip of Australia (Pajinka) dociera czterysta dwunastego dnia wyprawy. „Teraz mogę się nazywać Australijczykiem” – mówi, machając australijską flagą na północnym krańcu kraju. Tak kończy swoją opowieść.

W filmie jest piękna scena, gdy Natan idzie do szkoły i śpiewa:

Czekam na wiatr, co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony.

W następnych kadrach na ekranie pojawia się maszerujący przez Simpson Desert Michał. Śpiewa tę samą piosenkę. W pewnym momencie ich głosy się nakładają, a ojciec i syn stają wtedy na „raz!” – ze słońcem twarzą w twarz.

Przed projekcją reżyser Simon Target powiedział, że Michał przekazał mu wszystkie nagrania ze swojej wyprawy i powiedział tylko: „Zrób z tego film”. I Simon to zrobił. Powstał znakomity film, który inspiruje, wzrusza i porusza. W niewiele ponad godzinę obejrzałam drogę, która Michałowi zajęła 412 dni. Przeżyłam fascynującą podróż przez Australię. Stanęłam z nią twarzą w twarz.

Ela Chylewska

P.S. Film obejrzałam w Parlamencie Nowej Południowej Walii na zaproszenie Hon. Roberta Borsaka MLC oraz Konsula Generalnego RP Piotra Rakowskiego, za co serdecznie dziękuję.