Zasady u mnie są proste: najpierw kibicuję Polsce, potem oczywiście Australii. Jednak z uwagi na w pełni zasłużoną, bezdyskusyjną i – nie oszukujmy się – wypracowaną na własne życzenie nieobecność biało-czerwonych na tegorocznym Mundialu (daruję sobie większe złośliwości, bo kopanie leżącego to żadna sztuka), to właśnie Socceroos stali się moim numerem jeden. W swoim inauguracyjnym meczu grupy D w Vancouver ani trochę mnie nie zawiedli. Co więcej, wprawili mnie w szczery zachwyt.

Zanim sędzia gwizdnął po raz pierwszy na BC Place, eksperci wróżyli Turkom status „czarnego konia”, zachwycając się talentem Ardy Gülera czy Hakana Çalhanoğlu. Australia miała być skazana na pożarcie, zwłaszcza gdy trener Tony Popovic zdecydował się na trenerski poker i między słupkami postawił młodego Patricka Beacha kosztem doświadczonego Mata Ryana.
To, co zobaczyliśmy na boisku, przerosło jednak oczekiwania malkontentów. To nie była bezmyślna kopanina – a przecież doskonale wiemy, że są na tym świecie reprezentacje, które z takiego stylu uczyniły swój znak rozpoznawczy (nie mogłem się powstrzymać). 😊 Socceroos wyszli na murawę z genialnie rozpisanym i bezwzględnie zrealizowanym planem taktycznym. Popovic ustawił głęboki, niezwykle elastyczny, pięcioosobowy blok obronny, świadomie oddając Turcji posiadanie piłki (statystyki mówią same za siebie: aż 72% do 28% dla rywali).
Turcy rzucili się do ataku, ale raz po raz odbijali się od australijskiego muru. Bili w niego głową z bezsilności, oddając w całym meczu aż 30 strzałów. I co z tego? Kiedy już udało im się przedrzeć, niesamowity Patrick Beach dwoił się i troił w bramce, popisując się kapitalnymi paradami. Piłkarze Vincenzo Montellego mieli swoje sytuacje, ale seryjnie je marnowali. Jak to jednak wielokrotnie powtarzam: szczęście sprzyja lepszym. A lepszy na boisku jest ten, kto potrafi przekuć założenia w realny wynik.
Australia przetrzymała napór i skarciła rywali z chirurgiczną precyzją, bazując na zabójczych, doskonale wyćwiczonych kontratakach. W 27. minucie, mianowany na nowego bohatera narodowego, 20-letni Nestory Irankunda wykorzystał podanie od Paula Okona-Engstlera, wpadł w pole karne i precyzyjnym strzałem otworzył wynik, celebrując gola w stylu legendarnego Tima Cahilla. Gdy w drugiej połowie Turcja szukała wyrównania, wprowadzając asa Juventusu Kenana Yıldıza, Australijczycy konsekwentnie robili swoje. Kropkę nad „i” w 75. minucie postawił Connor Metcalfe, który po przejęciu piłki odpalił potężną bombę zza pola karnego, ustalając wynik na 2:0.
Socceroos pokazali dojrzałość, dyscyplinę i wyrachowanie, którego tak bardzo brakuje u naszych Orłów. Zamiast chaosu była taktyczna perfekcja. Zamiast wymówek są trzy punkty na otwarcie turnieju. Oby tak dalej, bo oglądanie takich Kangurów to czysta przyjemność. Choć następny mecz (piątek, 19 czerwca) będzie trudny, bo z ekipą Stanów Zjednoczonych, liderem grupy D. Amerykanie w świetnym stylu pokonali w pierwszym meczu Paragwaj. To będzie na pewno świetne widowisko, już nie mogę się doczekać.
Grzegorz Turski (gpt)



USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












