Australia i Polonia, Kultura, Lifestyle

Film „Konklawe” przynosi jego twórcom szerokie uznanie. Nie wszystkim jednak z nim po drodze. A może powinno.

Kadr z filmu “Konklawe”, fot. materiały prasowe.

W filmie, zaufany zmarłego papieża, arcybiskup Janusz Woźniak (w tej roli Jacek Koman, uznany polski aktor zamieszkujący od 1982 roku w Melbourne) nie bierze udziału w konklawe, ale na przebieg wyboru nowego papieża ma ogromny wpływ. To od jego wyznania bowiem rusza lawina kompromitujących faktów z „doczesnego” życia hierarchów kościoła pretendujących do papieskiego tronu. Nic w tym odkrywczego.

Na przykład w Hiszpanii, wiekową tradycją kardynalskich pochówków w katedrze w Toledo było zawieszanie nad grobami chowanych tam dostojników ich kapeluszy. Przekazywana od pokoleń mądrość ludowa stanowi, że zawieszone kapelusze spadną, kiedy dana kardynalska dusza opuści czyściec. Do dzisiaj wiszą wszystkie. O bolesnym dla wizerunku kościoła,  doczesnym  życiu  duchownych  pisał  w  XVIII  wieku,  pochowany w podziemiach katedry w Gnieźnie, biskup kościoła katolickiego, Ignacy Krasicki. A głośnym filmowym przykładem z rodzimego podwórka jest niedawny obraz Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Podobnych świadectw z różnych stron świata nie brakuje i choć ujawniane nowe fakty niezmiennie zadziwiają i zaskakują, brak dogłębnej refleksji utrwala ten „permanentny stan rzeczy” i problem cyklicznie powszednieje.

W „Konklawe” niemieckiego reżysera Edwarda Bergera jest inaczej – taka refleksja pojawia się explicite i, co więcej, stanowi oś filmu. I chociaż w warstwie fabularnej sięga po wątki, których spora rzesza katolików nie zaakceptuje nawet jako fikcji, film rezonuje daleko poza fabularną abstrakcję. Zasługa w tym kardynała Thomasa Lawrenca (w znakomitej kreacji brytyjskiego aktora, Ralpha Finnesa), dziekana Kolegium Kardynalskiego nadzorującego wybór nowego papieża, którego wewnętrzna walka o istotę wiary staje się mottem filmu. Do kardynałów-elektorów mówi tak:
(…) Pewność jest wielkim wrogiem jedności. Pewność to śmiertelny wróg tolerancji. Nawet Chrystus nie był pewny, kiedy po wielogodzinnej agonii na krzyżu wyznał: Boże, Boże… czemuś mnie opuścił?… Nasza wiara jest żywą tkanką, bo idzie ręka w rękę z niepewnością. Gdyby była tylko pewność, bez zwątpienia, nie byłoby tajemnicy. A wtedy i wiara nie byłaby potrzebna (…).

Wiara oparta na nieustannym poszukiwaniu jej istoty, jak chce kardynał Lawrence, przypomina metodę nauki, gdzie objawianie odkrytych praw poddawane jest testom niepewności i zwątpienia na wszelkie dostępne sposoby, aby potwierdzić ich prawdziwość, albo je odrzucić. Tak rozumiana wiara ucieka od niepodważalnych doktryn, otwiera się na wyzwania, jakie przynosi rozwój człowieka, jego ewolucyjna kultura i rosnąca wiedza o nim samym i świecie, w którym funkcjonuje.

W filmie „Konklawe” wątki fabularne, niektóre z nich, jak chcą jego krytycy, obraźliwe dla kościoła, bardzo zręcznie ilustrują głębię problemu, z jakim boryka się kardynał Lawrence. Dziwią w tym kontekście wyrazy oburzenia na filmową fikcję, wszak historia kościoła od wieków dostarcza smakowitych świadectw osobliwej obyczajności jego dostojników, świadcząc o tym, jak żywą tkanką pozostaje kościół, jego wyznawcy i tajemnica ich wiary.

Istota wiary którą „konstruktywnym zwątpieniem” proponuje zgłębić kardynał Lawrence, ciekawie koresponduje z przekonaniem np. ks. Jana Twardowskiego, który przeciwnie, nie ma żadnych wątpliwości: – Wiara to pewność bez dowodów – pisał. I łatwo znaleźć przykłady, że zwolennicy tak pierwszej, jak i drugiej wykładni wiary potrafią, każdy za swoją, zapłacić cenę dla człowieka najwyższą. Czy zatem oba podejścia mają rację bytu? Czy świadczą o jakimś ukrytym spektrum harmonii człowieczego świata? Harmonii, gdzie zacierają się granice pomiędzy tymi poszukującymi potwierdzeń prawd, w tym nadprzyrodzonyh, drogą zwątpień i niepewności, a tymi, którym po ich objawieniu i bezwarunkowej akceptacji nie towarzyszy już żaden cień niepewność, żaden odcień szarości, wszystko jest albo czarno, albo białe.

Wiara oparta na niezachwianej pewności nie wymaga też zrozumienia, odrzuca potrzebę dociekania jej głębi. Czy zatem można nazwać ją płytką, a tę powątpiewającą, głęboką?… Określenie istoty wiary wydaje się równie trudne, jak uczynienie ją uniwersalną częścią świadomego bytu człowieka. Lista rozważających ten problemem na przestrzeni wieków jest długa, czy zatem warto „bić się z tym koniem” przy okazji jakiegoś tam filmu?

Odpowiedź brzmi, tak, warto, bo dociekliwość kardynała Lawrenca, jak i pewność ks. Twardowskiego, wykraczają poza fabułę filmu, kościół, jego Boga, dotykają bezpośrednio również laickiej, pozareligjnej rzeczywistości, jakiej doświadczamy. Człowiek funkcjonuje w tej rzeczywistości uwięziony technologią, której nie rozumie, błądzi w chaosie informacyjnym, którego nie jest w stanie opanować ani zweryfikować, dusi się w atmosferze pseudowiedzy, bo autorytet tej prawdziwej, naukowej, przez jej rosnącą hermetyczność, szybko zastępuje bełkot internetowych „influencerów”.

Przykładów podobnego cywilizacyjnego zagubienia i okaleczenia człowieka jest wiele. Zamiast racjonalnego, wydawało się, świata, gdzie intelektualny i naukowy postęp zwykł odbijać obszary objęte wiarą, coraz częściej przyglądamy się rzeczywistości, w której ludziom wygodniej i łatwiej jest uwierzyć, w cokolwiek, niż pomyśleć i dociec adekwatnej wiedzy; akt wiary staje się silniejszy od intelektualego wysiłku, zastępuje go.

Postawa kardynała Lawrenca jest wołaniem o rzetelnosć i prawdziwość wiary, każdej wiary, bo żadnej nie odmawia racji bytu, a pytanie stawia o jej istotę i granice. Jako człowiek ma do tego prawo, i także obowiązek. „Konklawe” w znakomitej obsadzie aktorskiej, z wysmakowaną fotografią i nietrywialną fabułą zaprasza do myślenia nie tyle o kościele, ile o nas samych, aktorach w dynamicznie odgrywającym się spektaklu „reality show” naszej współczesności. Wierzyć, nie wierzyć, obejrzeć, i pomyśleć, warto.

Marian W Radny