Polska

Kiedy kultura nie mieści się w muzeum…

Elżbieta Prusaczyk mówi o sobie, że jest Kaszubką, choć urodziła się niedaleko Gdańska, a dzieciństwo spędzała u babci na Kaszubach. Na Kurpiach znalazła się za sprawą miłości. Dziś od pięciu lat kieruje Stowarzyszeniem Artystów Kurpiowskich i wraz z jego członkami próbuje ocalić od zapomnienia to, co jeszcze niedawno było zwyczajnym życiem: pieczenie chleba, tkanie, wycinanki, pisanki, kierce, plecionkarstwo czy kowalstwo.

Elżbieta Prusaczyk od 5 lat kieruje Stowarzyszeniem Artystów Kurpiowskich (SAK) i wraz z jego członkami próbuje ocalić od zapomnienia to, co jeszcze niedawno było zwyczajnym życiem Fot. Leszek Wątróbski

W kurpiowskiej chacie nie ma ciszy

Nad głową Elżbiety Prusaczyk kołysze się kierec – delikatna, misterna konstrukcja z drutu, papieru, grochu i słomy. Wisi pod sufitem jak kolorowy znak dawnego świata. W innych regionach Polski podobne ozdoby nazywa się pająkami. Tutaj mówi się: kierec. -Nasze Kurpie są bardzo kolorowe – mówi Elżbieta Prusaczyk.

Nad głową E. Prusaczyk kołysze się kierec – delikatna, misterna konstrukcja. W innych regionach Polski podobne ozdoby nazywa się pająkami Fot. Leszek Wątróbski

I rzeczywiście. W chacie są wycinanki, bukiety, palmy, ozdoby papierowe. Wszystko ma swoje miejsce i swoją historię. Nawet kwiaty nie są tutaj tylko kwiatami. Dawniej trafiały do tak zwanego świętego kąta, gdzie stał rodzinny stolik modlitewny. Kiedy ozdoby więdły, blakły albo niszczyły się, kobiety robiły nowe. Nie kupowały ich. Robiły je własnymi rękami. Dzisiaj właśnie te ręce są najważniejsze.

W kurpiowskiej chacie są wycinanki, bukiety, palmy, ozdoby papierowe. Wszystko ma swoje miejsce i swoją historię Fot. Leszek Wątróbski

Elżbieta Prusaczyk od pięciu lat jest prezesem Stowarzyszenia Artystów Kurpiowskich. Organizacja skupia około czterdziestu osób, z czego ponad trzydzieści aktywnie uczestniczy w jej działalności. Twórcy jeżdżą na targi i wydarzenia kulturalne, pokazują swoją sztukę w Lublinie, Kazimierzu, Gdańsku i innych miastach. Ale najważniejsze spotkanie odbywa się co roku na miejscu – podczas Ginących Zawodów.

To nie jest muzealny pokaz zza szyby

Tutaj można zobaczyć, jak dawniej wyglądało życie. Można podejść do twórczyni, dotknąć materiału, zapytać, spróbować samemu. Są chata, piec chlebowy, kuźnia. Jest rzeźbiarz. Pokazuje się pranie na tarze. Są warsztaty. – To są jedne wielkie warsztaty – mówi Prusaczyk. – Nawet mamy nazwę: Warsztaty Etnograficzne.

W tym roku tematem przewodnim jest sztuka papieru na Kurpiach. A więc wycinanka, kwiaty, palmy, bukiety i kierce. Przy jednym ze stanowisk można zobaczyć, jak powstaje kierec. Najpierw trzeba przygotować druciane koło. Potem namoczyć groch. I tu zaczyna się wyścig z czasem. Groch nie może być ani za twardy, ani zbyt miękki. Jeśli ktoś przesadzi z moczeniem, może wypuścić kiełki i cała praca pójdzie na marne. – Jak przedobrze, to może być tak, że wypuści kiełki i już do niczego się nie idzie – tłumaczy.

Potem powstają kwiatki. Ponad siedemdziesiąt – przy jednym kiercu. Z grochu robi się długie nitki, po kilkanaście elementów każda. Później trzeba je przywiązać do drucianego koła i ułożyć w koronę. Jedna ozdoba wymaga czasu, cierpliwości i dokładności. Tak właśnie wygląda ratowanie tradycji. Nie poprzez wielkie deklaracje, ale przez namaczanie grochu, nawlekanie go igłą, składanie papierowych kwiatów i cierpliwe tłumaczenie dziecku, jak powstaje palma.

Babcia wiedziała

W opowieści Elżbiety Prusaczyk tradycja zaczyna się jednak znacznie wcześniej niż na Kurpiach. Na Kaszubach mieszkała na wsi jej babcia. To tam jako dziecko patrzyła, jak robi się masło. Zapamiętała zapach, rytuał, zwyczajną pracę, która dziś dla wielu osób stała się niemal egzotycznym obrazkiem. Kiedy później trafiła na Kurpie, okazało się, że ten świat wcale nie jest jej obcy. – Folklor to już od dawien dawna zawsze był dla mnie taką odskocznią – wspomina.

Kurpie pokochała

Męża poznała w czasie stanu wojennego. To właśnie on sprawił, że jej życie potoczyło się inaczej. Można powiedzieć, że była to „emigracja sercowa”. Z Kaszub na Kurpie.

Ale nie była to emigracja od jednej kultury do drugiej. Raczej przejście przez drzwi, za którymi czekał świat bardzo podobny do tego, który znała z dzieciństwa. Bo wieś, niezależnie od regionu, miała swoje rytuały. Trzeba było upiec chleb. Zrobić masło. Ugotować ziemniaki. Uhaftować. Zrobić wycinankę. Przygotować ozdoby. I trzeba było umieć żyć z tego, co było pod ręką.

Ziemia szóstej klasy

– Te ziemie nie są takie, żeby tutaj można było się tak wytrzymać w szósta zet – mówi Prusaczyk. To zdanie dobrze oddaje dawną kurpiowską zaradność. Ziemia nie zawsze była żyzna, więc człowiek musiał znaleźć inne sposoby. Ziemniaki, kapusta, buraki, fasola, groch – z tego powstawała kuchnia. Z tego, co rosło w ogródku albo co można było zdobyć. Z marchwi, pieprzu i miodu powstawały fafernuchy. Groch, który trafiał na talerz, mógł później znaleźć się także pod sufitem jako element dekoracyjnego kierca. To charakterystyczne dla dawnej kultury: niczego nie marnować, wszystko wykorzystać.

Nawet zwykłe jedzenie mogło stać się częścią obrzędu

Fafernuchy piecze się na Trzech Króli i później obdarowuje nimi innych. Były też byśki – figurki z ciasta chlebowego w kształcie zwierząt. Najczęściej domowych i leśnych. Nie wszystkich. – Nigdy nie wilka i nigdy nie lisa – wyjaśnia Prusaczyk. – To są zwierzęta, które wybierały z gospodarstwa nasze kury, drób i tak dalej. W tej kulturze nawet pieczywo opowiadało więc o świecie, w którym człowiek żył blisko natury i jednocześnie musiał się przed nią bronić.

Co znika pierwsze?

Najłatwiej zauważyć to, czego już nie ma. Kiedyś w tym domu siano len. Tutaj, gdzie dziś rozmawiamy, stały krosna. Po ślubie Elżbieta Prusaczyk sama zaczęła tkać. Był to sposób na dorobienie pieniędzy. Dzisiaj obróbka lnu praktycznie zanikła.

Kowalstwo także należy do ginących zawodów. Kowali jest niewielu. Jest jednak nadzieja: pojawił się młody człowiek, który zainteresował się kowalstwem, kupił narzędzia i chce się uczyć.

Plecionkarstwo przetrwało, choć zmieniło charakter. Kiedyś wyplatane przedmioty służyły przede wszystkim do codziennego użytku. Dziś coraz częściej są ozdobą. Jeden z twórców plecie z wikliny, inny z korzenia. Garncarstwo również zanika. Kiedyś gliniane naczynia były częścią codziennego życia. Były dzbanki, naczynia do kiszenia ogórków i kapusty, dwojaki, w których w jednej części można było mieć zupę czy polewkę, a w drugiej ziemniaki. Dziś stoją raczej jako pamiątki. Elżbieta Prusaczyk ma w swojej chacie dwa dwojaki. Nie wyrzuci ich.

Pisanki na odpoczynek

Wśród wszystkich kurpiowskich zajęć ma swoją szczególną pasję. Pisanki. – To jest moja perełka – mówi. Robi pisanki drapane i pisane batikiem. Drapana wymaga większej precyzji. Trzeba ostrożnie prowadzić nożyk po powierzchni jajka. Jeden zbyt mocny ruch i misterna praca może zostać zniszczona.

Pisanka drapana wymaga większej precyzji. Trzeba ostrożnie prowadzić nożyk po powierzchni jajka. Jeden zbyt mocny ruch i misterna praca może zostać zniszczona Fot. Leszek Wątróbski

Batikowe są dla niej czymś innym. – Ja to odpoczywam po prostu przy tych pisankach batikowych. To piękne zdanie mówi chyba więcej o twórczości ludowej niż niejeden opis. Bo dla niej nie jest to rekonstrukcja przeszłości. To sposób życia. Jest już na emeryturze i może robić to, co naprawdę lubi.

Dzieci przyjeżdżają

Największym wyzwaniem nie jest jednak zrobienie kierca ani pisanki. Najtrudniejsze pytanie brzmi: kto zrobi je za dwadzieścia, trzydzieści lat? Młodzi mają dziś inne zainteresowania. Wielkie miasta kuszą bardziej niż dawna wieś. Internet konkuruje z haftem, smartfon z wycinanką, a szybkie życie z cierpliwym siedzeniem nad jednym małym elementem dekoracji. A jednak Elżbieta Prusaczyk nie traci nadziei.

Przy wejściu do chaty kurpiowskiej Fot. Leszek Wątróbski

Podczas Ginących Zawodów pojawiają się dzieci ze szkół. Przyjeżdżają także grupy z Warszawy. Warsztaty trwają trzy dni, od dziewiątej do piętnastej. Każdego dnia mogą przyjechać inni uczestnicy. Dzieci oglądają, pytają, próbują. Kiedyś trzeba było patrzeć na babcię. Dzisiaj babcia przychodzi do dziecka. I pokazuje. Jak zrobić kwiatek. Jak namoczyć groch. Jak nawlec go na nitkę. Jak zrobić palmę. Jak wyglądało życie, zanim pojawił się internet.

Prusaczyk pamięta własne wnuczki. Kiedy były małe, z zainteresowaniem przyglądały się jej pracy. Jedna z nich szczególnie zapamiętała zapach wosku.

Później przyszła szkoła. Studia. Praca. Zainteresowanie osłabło. Ale – mówi Prusaczyk – może kiedyś wrócą. Może po latach przypomni im się zapach wosku. Może właśnie wtedy zrozumieją, że to, co kiedyś wydawało się zwyczajne, było czymś wyjątkowym.

Żeby nie żyć tylko internetem

Stowarzyszenie Artystów Kurpiowskich działa więc trochę jak most. Łączy tych, którzy jeszcze pamiętają, z tymi, którzy dopiero mogą się nauczyć. Tradycja nie jest tu zamknięta w gablocie. Jest żywa, bo ktoś jeszcze potrafi ją wykonać własnymi rękami.

Dlatego co roku odbywają się Ginące Zawody. Dlatego twórcy jeżdżą do szkół i świetlic. Przed Wielkanocą pokazują kurpiowskie pisanki. Uczą wycinanek. Pokazują palmy. Opowiadają o dawnych zwyczajach. W Łysych, w Niedzielę Palmową, odbywa się konkurs palm. Najpierw są oceniane, później rusza procesja. Kolorowe, wysokie palmy tworzą widowisko, w którym tradycja nie potrzebuje scenografii. Sama jest scenografią. I pamięcią.

Jak kultura ludowa istnieje, to jesteśmy i my

Na koniec pytam Elżbietę Prusaczyk, czego życzyć jej i innym twórcom. Odpowiedź jest prosta. – Zdrowia. Bo bez niego trudno cokolwiek zrobić. Ale po chwili pojawia się drugie życzenie: żeby kultura została z nimi i żeby jak najczęściej trafiała do młodych. Jak kultura ludowa istnieje wśród nas, to jesteśmy i my – mówi.

I może właśnie w tym zdaniu kryje się sens całej tej pracy. Bo kultura nie umiera wtedy, gdy znika ostatni przedmiot. Umiera wtedy, gdy nie ma już nikogo, kto potrafiłby powiedzieć, po co ten przedmiot był.

Dlatego Elżbieta Prusaczyk namacza groch, robi ponad siedemdziesiąt papierowych kwiatków, nawleka kolejne elementy i cierpliwie przywiązuje je do drucianego koła. Ktoś może powiedzieć: to tylko ozdoba. Ona wie, że nie. To pamięć. Także o babci, która robiła masło. O domu, w którym stały krosna. O kobietach, które odnawiały bukiety w świętym kącie. O dzieciach, które przychodzą na warsztaty. I o świecie, który jeszcze nie zniknął. – Żyjemy tym po prostu – mówi na koniec. – A nie internetem.

Leszek Wątróbski