W sporcie najpiękniejsza, a zarazem najbrutalniejsza jest jego bezwzględność. Jeszcze niedawno z zachwytem opisywałem taktyczne szachy z Paragwajem czy genialne, dojrzałe rozmontowanie Turcji w Vancouver. Wtedy uwierzyliśmy, że ten turniej może przynieść coś wielkiego. Niestety, faza pucharowa rządzi się swoimi, krwawymi prawami. Czar prysł na stadionie w Houston (mamy problem). Piękny sen o podboju świata dobiegł końca, a reprezentacja Australii pakuje walizki i wraca do domu. Egipt okazał się barierą nie do przejścia, choć ostateczny wyrok zapadł w najbardziej loteryjnych okolicznościach, bo w konkursie rzutów karnych.

Muszę to napisać wprost. To nie był niestety taki mecz jak z Turcją, który tak bardzo mnie zachwycił. Tam oglądaliśmy pasję, żelazną dyscyplinę i błysk geniuszu. Tym razem Australia mnie rozczarowała. I nie chodzi o sam fakt odpadnięcia, bo porażka jest wpisana w ryzyko sportu. Boli styl i poczucie ogromnego niedosytu, bo doskonale wiem, że tę drużynę stać na znacznie, ale to znacznie więcej. Na boisku brakowało tej iskry i odwagi Kangurów.
Mecz od początku był ciężki i pełen nerwowości. Najpierw strzelili Egipcjanie, i następnie wyrównali… również oni (samobój). Przez pełne ponad 120 minut gry, włączając w to dogrywkę, żadna z drużyn nie potrafiła znaleźć sposobu na wygraną. Faraonowie, napędzani ambicją i szukający swojego historycznego sukcesu na mistrzostwach, postawili nam twarde warunki. Gdy tablica wyników po dwóch godzinach gry pokazywała nadal 1:1, stało się jasne, że o wszystkim zadecyduje piłkarska ruletka.
I to właśnie rzuty karne okazały się dla Socceroos prawdziwym koszmarem. Decydujące momenty wymagały stalowych nerwów, których naszym piłkarzom w Teksasie zabrakło. W serii jedenastek Egipcjanie wytrzymali gigantyczną presję, wygrywając konkurs rzutów karnych 4 do 2.
Dla Egiptu to historyczny moment i pierwszy w dziejach awans do 1/8 finału Mistrzostw Świata. Dla nas, to bolesny i przedwczesny koniec marzeń o Mistrzostwie. Kadra Tony’ego Popovicia pokazała na tym turnieju dwa oblicza: od taktycznej perfekcji po… piłkarską niemoc. Szkoda, bo potencjał i serce do walki dawały nadzieję na znacznie piękniejszą historię. Kangury wracają do domu. Turniej toczy się dalej, ale bez nas.
Grzegorz Turski (gpt)




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












