Australia i Polonia, Lifestyle

„Nasz pierwszy toast w Gruzji jest zawsze za Boga i za dzień, który nam podarował…” – korespondencja własna z Gruzji

Wino już stoi na stole, choć nikt jeszcze nie pije. Grube szkło kielichów łapie światło popołudnia, a w powietrzu unosi się zapach winogron i świeżego chleba. W Gruzji nic nie zaczyna się przypadkiem – także uczta. Tu wszystko ma swój czas, sens i kolejność. To nie kolacja. To supra.

Nasz pierwszy toast w Gruzji jest zawsze za Boga i za dzień, który nam podarował – powiedział Rarzden Kerwaliszwili Fot. Leszek Wątróbski

Nasz gospodarz Rarzden Kerwaliszwili podnosi kielich jako pierwszy. Nie spieszy się. Patrzy na gości uważnie, jakby chciał zapamiętać ten moment na długo. „Nasz pierwszy toast w Gruzji jest zawsze za Boga i za dzień, który nam podarował” – mówi spokojnie. Dziękuje za spotkanie, za możliwość bycia razem, za to, że dom znów jest pełen ludzi. Dopiero potem wypowiada słowa, na które wszyscy czekają: Gaumardżos! Wino wreszcie może zostać wypite. Tak zaczyna się nasza pierwsza supra – w domu, który pamięta więcej historii, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Byliśmy też na innych spotkaniach tego typu. Stół zawsze uginał się od jedzenia, ale jedzenie nie było tam najważniejsze. Chaczapuri i mięso były tylko tłem… Najważniejsze są słowa. Tamada prowadzi ucztę pewnie, choć bez patosu. Opowiada o winie – o szczepach, o bukiecie, o ziemi, z której pochodzi. Kaciteli, krasny róg – nazwy brzmią jak zaklęcia.

Kolejne toasty, na gruzińskiej suprze Fot. Leszek Wątróbski

W Gruzji wino nie jest alkoholem. Jest pamięcią. Między zaś toastami rozmowa schodzi na rodzinę. Na ścianach wiszą stare fotografie, w szufladach przechowywane są dokumenty, gazety, pamiątki. Ten dom nie jest muzeum, ale archiwum życia. Gospodarz mówi o przodkach, o rodach, które splatały losy Gruzji, Polski, Rosji, Ukrainy. O nazwiskach, które zmieniano siłą. O dokumentach, które zniknęły. O tożsamości, którą trzeba było nosić w ciszy.

Kolejne toasty nie są krótsze. Wręcz przeciwnie – każdy następny pogłębia opowieść. Jest toast za przodków, za tych, których już nie ma. Wtedy wszyscy wstają. To moment powagi, ale nie smutku. „Póki ktoś podnosi za nas toast, kielich nigdy nie będzie pusty” – pada historia o dziadku i wnuku, którzy każdego dnia znajdują wino w tym samym miejscu. Pamięć jest tu formą obecności.

Gdy Tamada mówi o dzieciach, głos mu mięknie. To jeden z ostatnich toastów – za życie, za przyszłość, za tych, którzy są „naszymi aniołami”. W Gruzji dzieci to nie tylko potomkowie. To obietnica, że opowieść będzie miała ciąg dalszy. Że ktoś jeszcze będzie pamiętał, komu i za co wznosi się kielich. Czas płynie niepostrzeżenie… Wino jest dolewane przed każdym nowym toastem – bo każdy toast to nowa sprawa. Nowy sens. Nowy rozdział. Nikt nie liczy godzin. Supra nie zna pośpiechu.

Nasza grupa po kolacji pożegnalnej w dniu powrotu Fot. Leszek Wątróbski

Kiedy wychodzimy, dom znów cichnie. Stół zostaje, kielichy też. Ale to, co najważniejsze, wydarzyło się między ludźmi. Pierwszy toast w Gruzji nie był tylko początkiem uczty. Był wejściem w świat, w którym słowo waży więcej niż gest, a wino – więcej niż sam smak. Tam nic nie kończy się ostatnim kielichem. Tam wszystko trwa dalej – w pamięci.

Leszek Wątróbski