Polskości nie trzeba było wybierać – była obecna od zawsze, choć nie zawsze łatwa. O dorastaniu między kulturami, o doświadczeniu bycia „inną” i o odbudowie życia polskiego w Lipawie po latach milczenia opowiada Rita Rozentale, prezes Stowarzyszenia Polaków w Lipawie. To poruszająca rozmowa o pamięci, języku i wspólnocie, która trwa mimo historii i zmieniających się granic.

Rita Rozentale – działaczka polonijna na Łotwie, prezes Stowarzyszenia Polaków Lipawy. Córka Polaka spod Krakowa i Polki z dawnych Kresów Rzeczypospolitej. Od końca lat 80. aktywnie zaangażowana w odbudowę i podtrzymywanie życia polskiego w Lipawie i Kurlandii. Współtwórczyni i wieloletnia animatorka inicjatyw kulturalnych, edukacyjnych i integracyjnych miejscowej Polonii. Strażniczka pamięci o polskiej obecności w Lipawie, inicjatorka koncertów, spotkań i Festiwalu Polskiej Kultury. Związana z zespołem śpiewaczym „Bursztynki”. Autorka tekstów i wierszy, aktywna animatorka kultury, dla której polskość jest codzienną praktyką pamięci i wspólnoty.
– Pani Rito, kim Pani jest, gdyby miała się Pani przedstawić nie metryką, lecz pamięcią?
– Jestem Ritą. Córką Romana i Marii. Ojciec spod Krakowa. Mama z Nowego Świerżnia, dziś to Białoruś, kiedyś była Polska. To wszystko noszę w sobie jak stare fotografie – trochę wyblakłe, ale prawdziwe. I zawsze wiedziałam, że jestem inna. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie umiałam tego nazwać.
– Inna, czyli jaka?
– Polska. Choć to słowo długo nie było łatwe. W dzieciństwie się o tym nie myśli, po prostu się jest. Ale kiedy przyjechałam do Lipawy, do Szkoły Sztuki Użytkowej, zobaczyłam, że każdy próbuje się czymś wyróżnić. I wtedy zrozumiałam, że moja polskość jest właśnie tym znakiem rozpoznawczym. Czasem była dumą, czasem ciężarem. Każdy medal ma dwie strony.
– Pamięta Pani moment, gdy ta „druga strona” była szczególnie dotkliwa?
– Pamiętam bardzo dobrze. Poszłyśmy z koleżanką do katedry. Były takie czasy, że chodzenie do kościoła nie było mile widziane. Następnego dnia nauczycielka najpierw uderzyła moją koleżankę. Mnie tylko powiedziała: „To nie twoje miejsce”. Takie były czasy. I wie pan, dziś też czasem nie wiadomo, co można powiedzieć, komu i gdzie.
– Polskość jednak przetrwała. Skąd ta siła?
– Ona była we mnie. Spała gdzieś głęboko. Czytałam polskie gazety, „Kobietę i Życie”, „Szpilki”. Wydawało mi się, że wszystko rozumiem. Język był we mnie, choć nikt mnie go formalnie nie uczył. A potem przyszły lata dziewięćdziesiąte.
– I wtedy zaczęło się wszystko naprawdę?
– Tak. Byłam na pierwszym spotkaniu, kiedy do Lipawy przyjechała Ita Kozakiewicz. Sala była pełna. To ona nas zbierała, łączyła. Powstało stowarzyszenie – ponad sto osób. Nie lubię słowa „osoby”. Ja wolę „ludzie”. Albo jeszcze lepiej: „człowiek”. Ja jestem Rita. Człowiek.
– Z tamtych lat pochodzi Stowarzyszenie Polaków Lipawy „Wanda”?
– Oficjalnie zarejestrowane pod koniec 1988 roku, ale pracować zaczęliśmy wcześniej. Te same panie, te same. W końcu połączyliśmy siły. W Kurlandii jesteśmy jedyni. Poza Rygą – tylko my.

– Jak pokazujecie swoją polskość dziś?
– Przez nasze występy. Przez zespół „Bursztynki”. Kiedy śpiewamy, słychać język polski – jego melodię, jego radość. Śpiewamy pieśni ludowe, religijne. Panie są starsze, po osiemdziesiątce, mające dziewięćdziesiąt lat. Konserwatywne? Tak. Ale piękne w tym, co robią.
– A publiczność?
– Gdzie nas zaproszą. Czasem robimy własne koncerty, czasem występujemy razem z innymi mniejszościami. W Lipawie jest ich siedem. Współpracujemy, choć nie zawsze jest łatwo. Każdy niesie swoją historię, swoje lęki.
– W 2023 roku zorganizowaliście Festiwal Polskiej Kultury.
– Tak. Jednodniowy, od rana do wieczora. Wszystkie mniejszości śpiewały polskie pieśni – po polsku. To było wzruszające. Polaków w Lipawie jest niewielu, może tysiąc. Wielu wyjechało, wielu się nie przyznaje. Dziś nikt nie pyta, kim jesteś. To ty sam musisz to wiedzieć.
– Ma Pani poczucie misji?
– Tak. To dobre słowo. Misja. Bo to już nie jest tylko dla nas. To dla pamięci. Dla tych, którzy byli przed nami. I dla tych, którzy przyjdą po nas.

– Myśli Pani o przekazaniu tej pracy komuś młodszemu?
– Muszę. Mam już ponad siedemdziesiąt lat. Ale wie pan, przyszły do nas młodsze kobiety, z polskich rodzin. Jedna ma małe dziecko, druga uczy się języka. Widzę w nich nadzieję. Może komuś oddam to wszystko spokojnie.
– A jeśli zapytać Panią, czym dziś jest polskość w Lipawie?
– To nie jest wielkie słowo. To jest śpiew, rozmowa, wspomnienie. To jest „paszka”, o której marzymy. Ona jest żywa. Dopóki ktoś ją niesie w sobie – dopóty jesteśmy.




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












