Australia i Polonia, Lifestyle, Podróże

Z Kambodży do bułgarskiej głuszy. W odwiedzinach u „Wyluzowanych”

Kiedy jakiś ładny kawałek czasu temu po raz pierwszy trafiłem na yt kanał „Wyluzowani” (prowadzony wcześniej pod nazwą „Wyluzuj w Azji”), Natalia i Maciek relacjonowali akurat swój pobyt w Kambodży. Ich naturalność, ogromny dystans do otaczającego świata, brak sztuczności i specyficzne, luźne poczucie humoru od razu przykuły moją uwagę. Byli po prostu sobą, bez reżyserii i bez zbędnego pozowania, dlatego zostałem z nimi na dłużej. Bo są w sieci tacy twórcy, których nie ogląda się wyłącznie dla ładnych widoków czy turystycznych atrakcji, ale przede wszystkim dla ludzi.

W Bułgarii pod Polska flagą. Wyluzowni Maciej i Grzegorz Fot. Jan Turski

Natalia i Maciek mają poszukiwanie własnego miejsca na ziemi głęboko we krwi. Zanim trafili do Azji, zjeździli spory kawałek Europy. Mieszkali i pracowali między innymi w Niemczech oraz w Holandii, zahaczyli na jakiś czas nawet o Finlandię. Życie w zachodnioeuropejskim kołowrotku, polegające na ciągłej gonitwie za pracą i opłatami, zupełnie im jednak nie leżało. Po azjatyckim epizodzie w Siem Reap i kolejnym krótkim, zarobkowym przystanku w Holandii, podjęli decyzję o ostatecznym wywróceniu wszystkiego do góry nogami i osiedleniu się na bułgarskiej prowincji.

Do Bułgarii trafili za sprawą rodziców Natalii. Ci pierwsi zrobili porządne, życiowe cięcie, ponieważ sprzedali w Polsce wszystko, co mieli, i poszli w ślady swoich znajomych, przenosząc się na bałkańską wieś. Natalia i Maciek po przemyśleniu sprawy postanowili do nich dołączyć. Dziś mieszkają w swoim małym domku w urokliwej, głuchej wsi w okolicach dawnej stolicy Bułgarii, Wielkiego Tyrnowa.

Mała winnica w ogrodzie Natalii i Macieja Fot. kadr z filmu

Ich historia doskonale wpisuje się w coraz wyraźniejszy, paradoksalny trend międzynarodowy. Z jednej strony bułgarska prowincja wyraźnie opustoszała, gdyż młodzi Bułgarzy masowo wyjeżdżają na Zachód w poszukiwaniu lepszych zarobków, a tutejsze wsie pełne są niszczejących domów i opuszczonych gospodarstw. Z drugiej strony, dokładnie w te same zakątki wjeżdża fala przybyszy z całej Europy. Ludzie z Polski, Niemiec czy Wielkiej Brytanii szukają tu dokładnie tego, co bułgarska wieś oferuje w nieograniczonych ilościach: ciszy, powolnego rytmu życia, poczucia wolności, przestrzeni i autentyczności, której na przeładowanym Zachodzie dawno już brakuje.

Gdy pod koniec tegorocznych wakacji wracaliśmy z naszej wyprawy, po przejechaniu wcześniej spektakularnej i wymagającej trasy Transfogaraskiej w Rumunii oraz po spędzeniu kilku słonecznych dni nad Morzem Czarnym w Rawdzie, decyzja mogła być tylko jedna. W drodze powrotnej musimy zajechać pod Wielkie Tyrnowo i odwiedzić Maćka i Natalię!

Dojazd na miejsce okazał się jednak osobną przygodą i małą szkołą przetrwania dla naszych czterech kółek. Nawigacja Google Maps postanowiła zafundować nam trasę w stylu wyboistego off-roadu i poprowadziła nas przez wioski, gdzie szosa szybko przestała przypominać asfalt. W pewnym momencie jechaliśmy po głębokim szutrze i kamieniach, by chwilę później trafić na odcinek, gdzie drogi po prostu nie było. Szykował się tam gruntowny remont, a zamiast jakiejkolwiek nawierzchni straszyła wielka, czarna dziura. Poradziliśmy sobie na szczęście dzięki tablicom informującym o objazdach. Moja umiejętność czytania cyrylicy uratowała nam skórę i oszczędziła błądzenia.

Stoimy naszym Maxem na drodze przy posiadłości Natalii i Macieja Fot. kadr z filmu

Gdy w końcu dotarliśmy, przywitał nas Maciek oraz dwie fantastyczne czworonożne dusze, czyli psiaki Paco i Amber, które otrzymały od nas upominek w puszcze. Natalii niestety w tym czasie nie było, bo przebywała w sprawach osobistych w Polsce, ale gospodarz z nawiązką wypełnił rolę jednoosobowego komitetu powitalnego.

Maciek to urodzony gawędziasz. Z planowanych kilkunastu minut szybkich odwiedzin zrobiły się coś ponad dwie godziny ciekawej rozmowy. Czas uciekał nieubłaganie, a my przeskakiwaliśmy z tematu na temat.

Rozmawialiśmy z Maćkiem nie tylko o azjatyckich realiach, kambodżańskim środowisku Polaków czy emigracyjnych wspomnieniach z pracy w Niemczech i Holandii, ale też o prozie codziennego życia na bułgarskiej wsi: o remontach „starożytnych murów”, uprawie ziemi i integracji z lokalną społecznością.

– Wiesz, jak to jest na Zachodzie – opowiadał z właściwym sobie spokojem Maciek, opierając się o stół i rzucając okiem na rosnące wokół drzewa. – Pracujesz, płacisz rachunki i nawet nie masz kiedy zauważyć, jak mija ci rok za rokiem. W Kambodży zobaczyliśmy, że można żyć inaczej, bez tego pędu. Ale tu, w Bułgarii, znaleźliśmy swój właściwy balans. Jest praca przy domu, jest ogród, jest święty spokój. Nikt nikogo nie goni, a sąsiedzi z wioski znoszą nam własne wyroby. Życie wreszcie ma normalny wymiar.

Na pożegnanie zostaliśmy obdarowani z prawdziwą, szczodrą polsko-bułgarską gościnnością. Wyjechaliśmy od Maćka z pokaźną… „czapką” gruszek, a dokładniej z wielką torbą pysznych, słodkich owoców z jego własnego ogrodu, w którym równie obficie obrodziły winogrona. Maciek z radością dołożył nam także wielkie kiście dojrzałych winogron oraz flaszkę tradycyjnej, mocnej rakii, pędzonej bezpośrednio przez gospodarzy w jego wsi.

Podarunki od Wyluzowanych Fot. kadr z filmu

Wizyty u takich ludzi przypominają, że dom to coś więcej niż budynek czy określony adres w dowodzie, bo to przede wszystkim stan umysłu. Niezależnie od tego, czy tworzy się go w azjatyckim tropiku, czy w cichej, opustoszałej bułgarskiej wiosce na końcu świata, liczy się odwaga do życia na własnych warunkach.

Natalio, Maćku, w przyszłym roku meldujemy się u Was na pewno! Mam wielką nadzieję, że już w pełnym składzie, czyli z Natalią i Konsuelą, bo tym razem tak się złożyło, że w trasie byliśmy tylko z Jaśkiem. Do zobaczenia!

Grzegorz Turski (gpt)