Historia, Kultura, Polska

„Bujdagranda” rozkochała mnie w przedwojennym kabarecie

Idąc na premierę spektaklu „Bujdagranda” do Teatru Żydowskiego, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Świat przedwojennego kabaretu lat 20. i 30. był dla mnie dotąd jedynie zakurzoną kartą z podręczników historii teatru. Nazwiska takie jak Tuwim, Járosy, Dymsza, Lopek Krukowski, Zimińska, Ordonówna czy Pogorzelska brzmiały znajomo, ale dwuwymiarowo.

Zamiast tradycyjnej, sztywnej widowni, zastałam tam tętniącą życiem kawiarnię. Największym zaskoczeniem i absolutnym strzałem w dziesiątkę okazał się działający na sali bufet z tradycyjnymi kanapkami i napojami. Ten drobny z pozoru element dodał całemu wieczorowi niezwykłego, wręcz domowego smaczku. Trzymając w ręku przekąskę i siedząc przy kawiarnianym stoliku, natychmiast zgubiłam dystans, jaki zwykle dzieli widza od sceny. Stałam się częścią tego świata, zanim jeszcze aktorzy wypowiedzieli pierwszą kwestię.

A kiedy zaczęło się widowisko, akcja dosłownie otoczyła nas z każdej strony. Jako debiutantka w tym klimacie, byłam zafascynowana energią, jaka biła z legendarnego formatu Qui Pro Quo. Dowcipny szmonces, błyskotliwa konferansjerka i gra konwencjami totalnie mnie porwały.

„Bujdagranda” w Teatrze Żydowskim w Warszawie, czerwiec 2026, fot. Jola Wolski

Twórcy spektaklu (scenariusz i reżyseria: Joanna Drozda) zrobili rzecz genialną – zamiast odgrzewać stare hity, pokazali pełne emocji, romansów i rywalizacji kulisy ich powstawania. Współczesne teksty piosenek, napisane przez Joannę Drozdę i Michała Głaszczkę, brzmiały tak świeżo, a jednocześnie tak idealnie oddawały ducha epoki, że momentalnie zapadały w pamięć. Szczególnie uderzyły mnie słowa jednej z nich:

„Gdy wokół burza, czołg i front, człowiek chce schować się we własny kąt. Gdy świat się sypie, a dokoła krew i pot, to człowiek myśli: pies to trąca, kwiatek, kot…”

Dopiero teraz zrozumiałam, czym naprawdę był przedwojenny kabaret – nie tanią rozrywką, ale inteligentną enklawą, schronieniem przed niepokojami świata. Ten dystans i ironię idealnie podsumował inny, niezwykle chwytliwy utwór:

„To bujda na resorach, wielka granda, piosenka, szmonces, żart i nasza banda. Szanowna publiczność niechaj nam wybaczy, że czasem śmiejemy się z tego, co tak bardzo znaczy.”

„Bujdagranda” w Teatrze Żydowskim w Warszawie, czerwiec 2026, fot. Jola Wolski

Wszystko to pulsowało życiem dzięki porywającej muzyce na żywo i aranżacjom Tomasza Filipczaka oraz świetnie zaprojektowanej przez Michała Głaszczkę przestrzeni. Kostiumy Joli Łobacz i dynamiczna choreografia Bartosza Dopytalskiego sprawiły, że przedwojenna Warszawa ożyła na moich oczach w pełnym blasku.

Aktorski zespół w składzie: Monika Chrząstowska, Izabela Rzeszowska, Piotr Chomik, Henryk Rajfer, Piotr Sierecki, Mateusz Trzmiel oraz Bartosz Dopytalski (wspierany reżysersko przez Monikę Soszkę i produkcyjnie przez Kamilę Worobiej) dokonał niemożliwego. Sprawili, że jako człowiek „z zupełnie innej bajki” wyszłam z Teatru Żydowskiego absolutnie zakochana w klimacie retro. „Bujdagranda” udowodniła, że dobra poezja, humor i czysta, bezpretensjonalna bliskość między ludźmi nie starzeją się nigdy. Wyśmienity wieczór – i dla ducha, i (dzięki bufetowi!) dla ciała.

Jola Wolski OAM