Historia, Lifestyle, Polska

Desant gen. Teofila Łapińskiego na Mierzei Kurońskiej – rozmowa z Wojciechem Prusaczykiem

To miała być brawurowa operacja wsparcia powstania styczniowego – zakończyła się katastrofą na Bałtyku. O zapomnianym desancie gen. Teofil Łapiński na Mierzei Kurońskiej i jego współczesnej rekonstrukcji opowiada Wojciech Prusaczyk, prezes Klubu Historycznego „Szlakiem Narbutta”. To rozmowa o idealizmie, międzynarodowej solidarności i historii, która dziś wraca jako żywa lekcja przeszłości.

Wojciech Prusaczyk – prezes Klubu Historycznego „Szlakiem Narbutta” Fot. LW

– Skąd wziął się pomysł rekonstrukcji morskiego desantu powstańców styczniowych?

– Pomysł narodził się w zeszłym roku – wspólnie z Romkiem Sadowskim – prezesem Klubu Historycznego Rok1863.pl oraz Vaidotasem Valavičiusem – prezesem grupy „Wolni Strzelcy Powiatu Kowieńskiego” z Kowna na Litwie. Jest to próba upamiętnienia wyprawy morskiej z 1863 roku. W tym roku mija 140. rocznica śmierci generała* – postaci dziś niemal zapomnianej, a przecież dowódcy jednej z najbardziej dramatycznych wypraw powstania styczniowego. To właśnie ta cisza wokół jego losów i niezwykłość samej operacji stały się impulsem do działania.

– Dlaczego właśnie Mierzeja Kurońska?

– To dokładnie tam, w nocy z 11 na 12 czerwca 1863 roku doszło do próby lądowania na plaży. Zbliżał się czas białych nocy, dnie były długie i nawet w o północy było jeszcze dosyć jasno. Gen. Łapiński jako miejsce desantu wybrał miejscowość Juodkrante położoną zaledwie 10 mil od Kłajpedy. Niestety z powodu zmiany pogody i stanu desantowanej szalupy ginie 24 żołnierzy ( 8 Polaków, 10 Francuzów, 4 Włochów i 2 Szwajcarów). Bez oddania jednego strzału, bez zadania wrogowi choćby minimalnej straty. Trudno wyobrazić sobie większą klęskę dla ambitnego dowódcy. Chcemy wrócić w to miejsce i symbolicznie odtworzyć tą historię.

– Jak wyglądała sama wyprawa generała Łapińskiego?

– To historia gotowa na film. Statek wypłynął z Londynu w marcu, ale przez blokady, kontrole, zmianę jednostek i załogi dotarł na Bałtyk dopiero w czerwcu. Desant opóźniono, sztorm się wzmagał, a gdy w końcu dwie szalupy odbiły od statku, jedna z nich została przewrócona przez falę.

– Kim byli polegli ochotnicy?

– To był oddział międzynarodowy: Polacy – było wśród nich kilku weteranów z 1831roku oraz emigranci z następnych powstań narodowych. Wśród cudzoziemców byli Francuzi, Włosi, Szwajcarzy, Anglicy, Niemcy, Belgowie, Węgrzy, 1 Holender i 1 Chorwat . Część była opłacana, ale wszyscy działali z przekonania. Generał Łapiński bardzo starannie dobierał ludzi, jednak brak doświadczenia morskiego okazał się tragiczny w skutkach.

– Jaki był cel tej operacji?

– Dostarczenie broni, amunicji i kadry oficerskiej dla walczących powstańców na Litwie. Po porozumieniu prusko-rosyjskim (Konwencja Alvenslebena – układ zawarty 8 lutego 1863 r. w Petersburgu między Prusami a Rosją, wymierzony w powstanie styczniowe) zamknięto lądowe kanały przerzutowe. Morze pozostało ostatnią szansą.

– Jak będzie wyglądało wydarzenie 14 czerwca?

– Wyruszymy żaglową łodzią typu „kurenas”, charakterystyczną dla tego regionu. Po symbolicznym rejsie nastąpi desant dwóch szalup, krótka uroczystość, złożenie wieńca ku czci poległych, wystąpienia przedstawicieli władz litewskich i rekonstruktorów, a następnie piknik historyczny z obozowiskiem powstańczym.

Podpisanie porozumienia, które zostało zawarte 3 maja 2025 w Wilnie. Trzy środowiska historyczne podejmą próbę już niebawem rekonstrukcji tych wydarzeń na Litwie. Projekt przeprowadzą: Wolni Strzelcy powiatu Kowieńskiego, Klub Historyczny Rok 1863 i Klub Historyczny Szlakiem Narbutta Fot. LW

– Do kogo kierujecie zaproszenie?

– Do wszystkich – Polaków, Litwinów, Łotyszy, pasjonatów historii, turystów. To żywa lekcja historii i wspólna opowieść o determinacji i europejskiej solidarności sprzed ponad 160 lat. Liczymy na Waszą obecność na Mierzei Kurońskiej 14 czerwca 2026. Zapraszamy.

Rozmawiał: Leszek Wątróbski

Wyprawa morska Teofila Łapińskiego z 1863 roku

Gen. Teofil Łapiński (1827-1886) Fot. LW

Pewne historie aż proszą się o felieton. Nie dlatego, że były wielkie i zwycięskie, lecz właśnie dlatego, że były zbyt śmiałe jak na swoje czasy – i zbyt nieporadne wobec żywiołów, polityki oraz ludzkich słabości. Wyprawa morska Teofila Łapińskiego z 1863 roku jest jedną z takich opowieści: romantyczną, tragiczną i zadziwiająco aktualną.

Bo czyż nie brzmi to jak scenariusz filmu przygodowego? Londyn, Anglia – centrum świata i rewolucyjnych spisków. Zakupy broni u Whitwortha, armaty, karabiny, miliony kapiszonów, kosy bojowe i czerwone kepi à la Garibaldi. A do tego drukarnia polowa – bo przecież bez słowa drukowanego żadna rewolucja obejść się nie może. Nad wszystkim unosi się duch XIX-wiecznej wiary, że jeśli sprawa jest słuszna, to i morze w końcu ustąpi.

Dowodził Teofil Łapiński, generał bardziej z nominacji i potrzeby chwili niż z wojskowego doświadczenia na wodzie. Towarzyszą mu ochotnicy z pół Europy: Polacy, Francuzi, Włosi, Węgrzy – internacjonalna drużyna idealistów, których łączy przekonanie, że Imperium Rosyjskie da się zaskoczyć kilkoma statkami i garścią odwagi.

Problem w tym, że imperia rzadko dają się zaskakiwać. Carski wywiad wie niemal wszystko, Brytyjczycy nagle przypominają sobie o przepisach celnych, a Bałtyk – jak to Bałtyk – nie ma w zwyczaju respektować patriotycznych uniesień. Owszem, pojawiają się w tej historii postacie z najwyższej półki rewolucyjnej mitologii: Giuseppe Mazzini, który pomaga unieruchomić rosyjską korwetę, czy Michaił Bakunin, przynoszący złe wieści o sytuacji na litewskim wybrzeżu. Ale nawet oni nie potrafią zmienić jednego: geopolityki i pogody.

Statek „Ward Jackson” krąży po Bałtyku jak bohater, który nie może zdecydować się na finałowy akt. Helsingborg, Kopenhaga, Malmö – kolejne porty zamiast wyczekiwanego lądu pod Połągą. Szwedzi, jak to Szwedzi, zachowują chłodną uprzejmość i jeszcze chłodniejszą neutralność: broń zostaje objęta sekwestrem, entuzjazm – wystawiony na próbę.

A potem przychodzi noc z 11 na 12 czerwca. Mierzeja Kurońska, ciemność, wzburzone morze i łodzie pełne ludzi, którzy wierzą, że za chwilę wejdą do historii. Jedna fala wystarcza, by ta historia skręciła w stronę tragedii. Łódź idzie na dno. Z nią marzenia, broń, a przede wszystkim ludzie – Polacy, Francuzi, Włosi, Szwajcarzy. Morze nie pyta o narodowość. I tu kończy się epopeja, a zaczyna refleksja. Wyprawa Łapińskiego przegrała nie tylko z rosyjską flotą i dyplomacją, ale przede wszystkim z brakiem doświadczenia, z przecenieniem własnych możliwości, z romantyczną wiarą, że odwaga zastąpi logistykę. To klęska typowo polska w swojej konstrukcji: wielki gest, piękne intencje, fatalne wykonanie.

A jednak trudno z tej historii kpić. Bo jest w niej coś głęboko poruszającego. Garstka ludzi gotowych zginąć daleko od domu, na obcym morzu, dla sprawy, której nawet nie zdążyli rozpocząć. Bez pomników, bez zwycięstw, zaledwie z krótką wzmianką w podręcznikach.

Może więc wyprawa morska Łapińskiego nie była tylko nieudaną operacją wojskową. Może była przypomnieniem, że polska historia składa się nie tylko z bitew wygranych, lecz także z tych, które przegraliśmy – bo byliśmy zbyt ufni wobec losu, a za mało uważni wobec mapy i wiatru. I że czasem największym przeciwnikiem nie jest wróg, lecz morze własnych złudzeń.

Leszek Wątróbski