„Dziennik Kijowski” ma już około trzydziestu pięciu lat. Powstał w czasie, kiedy Ukraina odzyskiwała niepodległość, a Polacy zaczynali na nowo mówić o swojej historii, języku i tożsamości. Przez ponad trzy dekady jest kroniką polskiego życia nad Dnieprem i na całej Ukrainie.

Jego najdłużej urzędującym redaktorem naczelnym był Stanisław Panteluk. Nawet wojna nie zdołała przerwać jego historii. Były jednak chwile, kiedy kolejne wydanie zależało nie tylko od pieniędzy, lecz także od prądu, bezpieczeństwa i decyzji: zostać czy wyjechać.
Kiedy w lutym 2022 roku rosyjskie rakiety zaczęły spadać na Kijów, redakcja „Dziennika Kijowskiego” znalazła się w sytuacji, której przez trzydzieści lat nikt nie mógł sobie wyobrazić. Gazeta, która powstała po upadku Związku Radzieckiego, przetrwała polityczne przemiany, kryzysy gospodarcze, zmiany ukraińskiego prawa i kolejne problemy finansowe, stanęła wobec najprostszego pytania: jak wydawać gazetę w mieście, do którego lecą rakiety?
Odpowiedź przyszła nie od razu…
Najpierw była ewakuacja. Potem Polska. Łańcut. Pięć numerów przygotowanych poza Ukrainą. A później powrót do Kijowa.
– „Dziennik Kijowski” musi pozostać kijowski – powiedział wtedy Stanisław Panteluk.
To zdanie dobrze oddaje sens całej historii tego pisma.
Powrót do starego tytułu
Historia zaczęła się jednak znacznie wcześniej. W Kijowie istniał już „Dziennik Kijowski”. Jego pierwsza epoka rozpoczęła się na początku XX wieku. W zachowanym numerze z 1911 roku widać gazetę charakterystyczną dla swojej epoki: politykę, wiadomości z kraju i ze świata, korespondencję, sprawy polskie, kulturę, literaturę, ogłoszenia i reklamy. Była to gazeta Polaków żyjących w Kijowie i na ziemiach ówczesnego imperium rosyjskiego. Ten pierwszy „Dziennik Kijowski” ukazywał się od 1906 roku i pozostawił po sobie ważny ślad w historii polskiej prasy na Wschodzie. I po dziesięcioleciach tytuł powrócił.

Nie był to przypadek. W 1992 roku, kiedy Ukraina stawała się niepodległym państwem, a polska społeczność zaczynała odbudowywać własne instytucje, Związek Polaków na Ukrainie wznowił wydawanie polskojęzycznego „Dziennika Kijowskiego”. Współczesna redakcja świadomie nawiązała do przedwojennej tradycji.
Jak wspominał później Stanisław Panteluk, pomysłów na nazwę było kilka. Panowała wówczas moda na przywracanie dawnych, zasłużonych tytułów. Ostatecznie zwyciężył „Dziennik Kijowski”.
Nazwa miała znaczenie symboliczne. Łączyła Polaków współczesnego Kijowa z tymi, którzy przed pierwszą wojną światową również próbowali prowadzić tutaj polskie życie, wydawać książki, gazety, organizować szkoły i stowarzyszenia. W archiwach pozostał ślad obu epok.
Gazeta zrobiona z entuzjazmu
Nowy „Dziennik” rodził się w warunkach, które dzisiaj mogą wydawać się niemal niewiarygodne. Borys Szewczenko wspominał, że pod koniec 1991 roku Stanisław Szałacki, pierwszy prezes Związku Polaków na Ukrainie, zaproponował mu zorganizowanie polskiej gazety w Kijowie. Szewczenko podjął się zadania.
Trzeba było znaleźć ludzi, przygotować teksty, zdobyć sprzęt i znaleźć sposób na skład gazety. W Kijowie nie było wówczas polskiego zaplecza technicznego, dlatego pomoc przyszła z Polski. W Warszawie i Wrocławiu znaleźli się ludzie, którzy pomagali bezinteresownie. Gazeta musiała jednak nie tylko powstać, ale również dotrzeć do czytelników.
Szewczenko doprowadził do porozumienia z kijowskim „Sojuzpieczatem”, dzięki czemu egzemplarze „Dziennika” trafiły do kiosków. Pierwszy numer miał – według jego wspomnień – aż 10 tysięcy egzemplarzy.
W pierwszym numerze pojawiały się nazwiska ludzi, którzy tworzyli ten eksperyment od podstaw: Borys Szewczenko, Aleksy Bardecki, Zinaida Dmitrowska, Borys Dragin, Luiza Czang, Alewtyna Lewicka, Anatom Lerner, Katarzyna Panteluk, Stanisław Panteluk i Eugeniusz Tuzów. Nie było jeszcze stabilności. Nie było pewności, czy ukaże się następny numer.
Pierwszy numer wprost informował czytelników, że kolejne wydania mogą zostać zawieszone z powodu braku środków finansowych i technicznych. Redakcja prosiła o pomoc osoby prywatne, instytucje i przedsiębiorstwa w Ukrainie, Polsce i innych krajach. Podano nawet konto bankowe, na które można było wpłacać pieniądze.
Wśród pierwszych darczyńców znalazł się przedsiębiorca z Przemyśla Krzysztof Pawełek, a także tamtejsza spółdzielnia „Praca”. Tak więc problem, który będzie powracał w historii „Dziennika” przez następne dziesięciolecia, pojawił się właściwie już w jego pierwszym numerze: jak utrzymać polską gazetę w kraju, w którym jej czytelnicy są rozproszeni, a pieniądze na działalność nigdy nie są pewne?
Panteluk – człowiek i gazeta
W centrum tej historii przez ponad trzydzieści lat znajdował się jeden człowiek.
Stanisław Panteluk. Urodził się 9 grudnia 1945 roku w Kazachstanie, w okolicach Semipałatyńska, niedaleko chińskiej granicy. Jego rodzice zostali deportowani przez władze sowieckie z rodzinnych stron na Przykarpaciu. W domu mówiło się po polsku. Korzenie rodziny sięgały Kosowa Huculskiego.

Panteluk studiował polonistykę w Wilnie. Pracował jako przewodnik i tłumacz, który przez całe życie przenosił słowa z jednego świata do drugiego. Był tłumaczem, dziennikarzem, publicystą, poetą. Znał języki, ludzi i historię. Potrafił rozmawiać z przedstawicielem dyplomacji, ale również z człowiekiem, który przyszedł do redakcji opowiedzieć o losach swojej rodziny. W 2021 roku mówił PAP, że „Dziennik Kijowski” jest kroniką życia Polaków na Ukrainie. I to określenie chyba najlepiej opisuje jego dzieło.
W pierwszych latach do redakcji przychodziły listy ludzi, którzy opisywali doświadczenia swoich rodzin: deportacje, prześladowania, utratę języka, strach przed przyznawaniem się do polskiego pochodzenia. Po upadku komunizmu można było wreszcie napisać to, o czym wcześniej wolno było mówić tylko szeptem. Panteluk wspominał, że ludzie marzyli o chwili, kiedy będą mogli powiedzieć całą prawdę.
„Dziennik Kijowski” stał się miejscem, gdzie ta prawda zaczęła być zapisywana.
Od historii rodzin do codzienności Polaków
Nie był to jednak wyłącznie periodyk historyczny. Gazeta jeździła po całej Ukrainie. Lwów, Żytomierz, Winnica, Charków, Kijów. Dawniej także Donieck. Jej łamy wypełniały informacje o polskich organizacjach, szkołach, kościołach, uroczystościach, konkursach, spotkaniach i rocznicach. Była kultura, literatura, historia, religia, edukacja. Były sprawy społeczne i informacje z Polski.
Ważne miejsce zajmowały relacje polsko-ukraińskie. „Dziennik” nie był więc jedynie gazetą dla mieszkańców Kijowa. Z czasem stał się ogólnoukraińską kroniką polskiego życia.
W 2021 roku redakcja informowała, że papierowy egzemplarz trafia do około półtora tysiąca prenumeratorów, a nakład wynosił 3,5 tysięcy egzemplarzy. Gazetę czytali przede wszystkim starsi Polacy, także mieszkający poza wielkimi miastami. To istotne, bo dla wielu z nich papierowa gazeta była czymś więcej niż źródłem informacji. Była dowodem, że gdzieś daleko, w Kijowie, istnieje ktoś, kto pamięta o ich polskiej wspólnocie.
Historia „Dziennika Kijowskiego” to również historia nieustannego poszukiwania pieniędzy. W pierwszych latach pojawiało się wsparcie z Polski, pomoc prywatnych przedsiębiorców, a także różne formy finansowania publicznego.
Na początku 1994 roku „Dziennik Kijowski” stał się dodatkiem do gazety „Hołos Ukrainy”, wydawanej przez Radę Najwyższą Ukrainy. Dzięki temu uzyskał możliwość korzystania z finansowania ze strony państwa ukraińskiego, co stanowiło istotne wsparcie dla dalszego rozwoju pisma i zapewnienia jego regularnego ukazywania się.
W 1998 roku redakcja znów pisała o niejasnym i niepewnym statusie finansowym. Ukraina przeżywała głęboki kryzys gospodarczy i państwo nie było w stanie zapewnić gazecie odpowiedniego wsparcia. Redakcja liczyła przede wszystkim na czytelników, prenumeratorów i prywatnych darczyńców.
W kolejnych latach gazeta otrzymywała również dotacje z Ministerstwa Kultury Ukrainy. Choć przyznawane środki nie były wysokie i nie pokrywały wszystkich potrzeb związanych z działalnością redakcji, stanowiły ważną pomoc w podtrzymywaniu jej funkcjonowania oraz realizacji misji informacyjnej i kulturalnej skierowanej do polskiej społeczności na Ukrainie. Jak wyjaśniała później Andżelika Płaksina, sytuacja zmieniła się w 2019 roku, kiedy na Ukrainie rozpoczął się proces rozdzielenia mediów od struktur państwowych i samorządowych (rozderżawlenia mediów). W jego następstwie „Dziennik Kijowski” utracił możliwość otrzymywania dotacji z budżetu państwa ukraińskiego. Od tego czasu podstawowym i jedynym źródłem finansowego wsparcia działalności gazety pozostaje Polska.
Jednym z najważniejszych partnerów stała się Fundacja Wolność i Demokracja, realizująca projekty wspierające polskie media na Ukrainie. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć: przyznawane kwoty dotyczyły całych programów obejmujących wiele redakcji, a nie samego „Dziennika Kijowskiego”.
W latach 2021-2022 program „Polskie Media na Ukrainie” otrzymywał z polskich środków ponad 800 tys. zł na całość projektu. W kolejnych latach finansowanie programów zmieniało się, a „Dziennik Kijowski” pozostawał jednym z uczestniczących w nich mediów. To właśnie pokazuje inną ważną cechę historii gazety: jej przetrwanie nigdy nie było wynikiem jednego stałego źródła finansowania. Była to raczej mozaika pomocy, dotacji, prenumeraty, wsparcia organizacji polonijnych i pracy ludzi, którzy często wykonywali swoje obowiązki bez wynagrodzenia.
Kiedy skończyły się pieniądze, zaczęła się wojna
A potem przyszła wojna. 24 lutego 2022 roku zmieniło się wszystko. Kijów stał się miastem wojennym. Syreny alarmowe, schrony, wybuchy, przerwy w dostawie prądu, problemy z ogrzewaniem i komunikacją stały się częścią codzienności. Zmieniła się także gazeta.
„Dziennik Kijowski” nadal pisał o Polakach, ale nie można już było opisywać ich życia tak jak wcześniej. Wojna stała się częścią każdego tekstu. Polskie organizacje pomagały uchodźcom. Polacy wyjeżdżali z zagrożonych miejsc. Do Ukrainy przyjeżdżali wolontariusze. Kościoły organizowały pomoc. Szkoły działały w nowych warunkach. Ludzie pytali o Kartę Polaka, o dokumenty, o możliwość wyjazdu do Polski. Wojna weszła również do redakcji i nie była metaforą. Była za oknem.
Pięć numerów z Łańcuta
W pierwszych miesiącach pełnoskalowej agresji pracownicy redakcji musieli opuścić Kijów. Wyjechali do Polski. W Łańcucie przygotowano pięć numerów „Dziennika Kijowskiego”, które później zostały wydrukowane.
Mogło się wydawać, że rozwiązanie jest oczywiste: skoro Kijów jest niebezpieczny, można prowadzić gazetę z Polski. Ale wtedy pojawiła się zasadnicza kwestia tożsamości. Czy gazeta wydawana z Łańcuta nadal będzie „Dziennikiem Kijowskim”? Panteluk nie miał wątpliwości. Musi wrócić. I wróciła.
To jeden z najbardziej symbolicznych momentów w historii pisma. Gazeta nie była bowiem tylko nazwą i papierem. Jej „kijowskość” była częścią jej sensu. Redakcja wróciła więc do miasta, w którym wojna nadal trwała.
Gazeta bez prądu
Wojna postawiła przed redakcją problemy, których wcześniej nikt nie wpisywał do dziennikarskiego planu pracy. Nie chodziło już tylko o teksty i pieniądze. Chodziło o prąd, ogrzewanie, komputer, internet i druk. Bez energii elektrycznej nie można było złożyć numeru. Bez ogrzewania praca zimą stawała się bardzo trudna.
Zdarzało się, że dziennikarze pracowali nocą, kiedy pojawiał się prąd. „Dziennik Kijowski” mimo tych problemów starał się ukazywać regularnie. To dlatego w czasie wojny wsparcie techniczne stało się równie ważne jak dotacja na samo wydawanie gazety.
W ramach projektu Fundacji Wolność i Demokracja redakcja otrzymała generator prądu oraz panele solarne. Pomoc była przeznaczona dla kilku polskich redakcji na Wschodzie.
Generator, który w czasach pokoju mógłby wydawać się sprzętem technicznym, w warunkach wojny stawał się elementem infrastruktury koniecznej do przetrwania. Bo gazeta potrzebowała nie tylko dziennikarzy. Potrzebowała też światła.
Surrealizm wojennego Kijowa
W jednym z opisów sytuacji wojennej Andżelika Płaksina mówiła o Kijowie, który nauczył się żyć w absurdalnym sąsiedztwie wojny. Alarm. Rakiety. A obok matka z dzieckiem na placu zabaw. Pracują kina, teatry, kawiarnie. Jeździ komunikacja. Ludzie wracają do miasta. I nagle znów syrena. Taki właśnie obraz trafił również na łamy „Dziennika”. Gazeta zaczęła dokumentować nie tylko wielką historię wojny, ale także jej codzienność.
To ważne, bo wielkie wojny często zapamiętuje się przez daty i bitwy. Tymczasem dla zwykłego człowieka wojna zaczyna się od prostych pytań: Czy dzisiaj będzie prąd? Czy można wyjść z domu? Czy szkoła będzie otwarta? Czy przyjedzie pociąg? Czy ktoś zadzwoni z Charkowa? Czy rodzina jest bezpieczna? Właśnie te pytania znalazły swoje miejsce w kronice „Dziennika Kijowskiego”.
Panteluk odchodzi
14 kwietnia 2024 roku Stanisław Panteluk zmarł. Odszedł człowiek, którego przez ponad trzy dekady można było utożsamiać z gazetą. Dla „Dziennika Kijowskiego” była to strata szczególna.
Panteluk nie był jedynie redaktorem naczelnym. Był jednym z jego twórców, człowiekiem pamiętającym początki pisma, jego pierwsze problemy i pierwsze sukcesy.
W marcu 2024 roku, za trzy tygodni do śmierci Stanisława, ambasador RP w Ukrainie Jarosław Guzy uhonorował go pośmiertnie Złotym Krzyżem Zasługi za długoletnią i ofiarną działalność społeczną. Wcześniej, w 2008 roku, Panteluk otrzymał medal „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Jego śmierć zakończyła pewną epokę. Ale nie zakończyła historii gazety.
Andżelika Płaksina przejęła ster i po śmierci Panteluka stanowisko redaktora naczelnego. Nie była osobą z zewnątrz. Od lat pracowała w redakcji, wcześniej jako zastępca redaktora naczelnego i redaktor techniczny. Znała gazetę od środka, znała jej czytelników, problemy i rytm pracy.

W sprawozdaniu Związku Polaków na Ukrainie zapisano, że po śmierci Panteluka współzałożyciele oraz zarząd redakcji zdecydowali o powierzeniu jej funkcji redaktora naczelnego. To była zmiana pokoleniowa, ale także ciągłość. „Dziennik” nie przestał być tym samym pismem. Zmienił się człowiek stojący na jego czele.
Dziennik jako wspólnota
Dzisiaj „Dziennik Kijowski” jest czymś więcej niż dwutygodnikiem. Jest archiwum. Jest kroniką. Jest miejscem pamięci. Na jego łamach przez lata pojawiały się setki nazwisk Polaków mieszkających w Ukrainie. Utrwalano działalność organizacji, szkół, parafii, zespołów artystycznych i polskich domów.
Kiedyś były to krótkie wiadomości o spotkaniu, konkursie czy uroczystości. Dzisiaj są świadectwem epoki. Dlatego tak ważne jest cyfrowe archiwum gazety.
Obecna redakcja udostępnia kolejne roczniki, a archiwum obejmuje współczesne numery od 2010 roku; dostępne są także starsze materiały i pełna tradycja pisma od jego odrodzenia w 1992 roku. W pewnym sensie każdy numer „Dziennika” jest małym kawałkiem polskiej historii Ukrainy. Tej codziennej. Pisanej przez nauczyciela z Żytomierza, działacza z Winnicy, księdza z polskiej parafii, ucznia polskiej szkoły, poetę, przewodnika, kombatanta czy rodzinę, która od pokoleń przechowuje język polski.
Co zostało z pierwszej gazety?
Bardzo wiele. Przede wszystkim przekonanie, że polska obecność w Ukrainie zasługuje na własny głos. Pozostała także idea, że prasa polonijna nie może być tylko biuletynem organizacji. Musi być kroniką ludzi. Musi rejestrować ich radości, problemy, sukcesy, straty i pamięć. Tak było 24 lutego 2022 roku. I tak jest dziś.
Obecna strona internetowa „Dziennika Kijowskiego” nadal opisuje pismo jako społeczne, ekonomiczne i literackie. W 2026 roku publikuje materiały o Polakach Ukrainy, edukacji, kulturze, historii, Kościele i stosunkach polsko-ukraińskich. To znamienne. Bo można zmienić technologię. Można przejść od papieru do internetu. Można zmienić redaktora naczelnego. Można przenieść redakcję na kilka miesięcy do Polski. Ale nie można zmienić jednego: miejsca, z którego gazeta mówi.
Kijowski adres
Dzisiaj redakcja mieści się przy ulicy M. Stelmacha w Kijowie. Pismo nadal ukazuje się dwa razy w miesiącu. Jego obecny zespół tworzą m.in. Rościsław Raczyński, Eugeniusz Gołybard, Stanisław Szewczenko, Lesia Jermak, Władysław Nehrebecki, Mikołaj Wrona i Anatol Zborowski. Redaktorem naczelnym jest Andżelika Płaksina.
To już inne pokolenie „Dziennika”. Ale nazwiska niektórych współpracowników prowadzą do jego początków.

Nie tylko gazeta
Stanisław Panteluk mówił kiedyś, że „Dziennik Kijowski” jest kroniką życia Polaków na Ukrainie. Dzisiaj można powiedzieć więcej. Jest kroniką polskiej obecności. A kronika ma szczególną cechę: nie może wybierać tylko pięknych chwil.
Musi zapisać także to, co boli.
Dlatego obok relacji z koncertów i spotkań polonijnych znalazły się w niej historie deportacji. Obok artykułów o kulturze – informacje o wojnie. Obok świątecznych fotografii – zdjęcia z miejsc, gdzie spadły rakiety.
Gazeta, która narodziła się po upadku Związku Radzieckiego, musiała po trzydziestu latach zmierzyć się z powrotem wojny. I wtedy okazało się, że jej najważniejszą funkcją nie jest już tylko informowanie. Jest świadectwo. Świadectwo tego, że Polacy w Ukrainie są. Że mimo wojny istnieją polskie szkoły, organizacje, parafie i domy. Że ktoś nadal uczy dzieci języka polskiego. Że ktoś nadal organizuje koncert. Że ktoś pamięta o poległych. Że ktoś pisze o historii. I że ktoś w Kijowie nadal składa gazetę.
Gazeta, która została
Pierwszy „Dziennik Kijowski” powstawał ponad sto lat temu w zupełnie innym świecie. Drugi narodził się wraz z niepodległą Ukrainą. Jego pierwszy numer prosił o pomoc, bo nie było pewności, czy uda się wydać następny. Przez kolejne lata gazeta przetrwała dzięki ludziom, dla których jej istnienie było ważniejsze niż wygoda.
Przetrwała zmiany finansowania. Przetrwała kryzysy. Przetrwała zmiany polityczne.
Przetrwała śmierć człowieka, który przez trzy dekady był jej symbolem. I przetrwała wojnę. W pierwszych dniach rosyjskiej agresji mogła zostać w Polsce. Mogła stać się gazetą wydawaną z bezpiecznego miejsca, noszącą jednak nazwę miasta, w którym już jej nie było. Nie stało się tak. Wróciła do Kijowa.
Może właśnie dlatego historia „Dziennika Kijowskiego” nie jest wyłącznie historią jednego czasopisma. A czasem – jak „Dziennik Kijowski” – jest dowodem, że nawet wojna nie zdołała człowieka zmusić do milczenia.
Leszek Wątróbski




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












