Nie zaczyna od dat. Zaczyna od siebie. – Nazywam się Jan Mironczuk – mówi spokojnie, jakby chciał uprzedzić pytanie, które i tak by padło. Historyk, nauczyciel, regionalista. Człowiek stąd i nie stąd jednocześnie. Przyjezdny z Białostocczyzny, ale zakorzeniony w Ostrołęce na dobre – przez pracę, książki i rodzinę. Miasto jeszcze się nie odsłoniło, a już wiadomo, że ta opowieść nie będzie wyłącznie o murach i kościołach. Będzie o granicach – tych widocznych i tych, które istnieją tylko w pamięci ludzi.

Miasto, które kończy Kurpie
Ostrołęka leży nad rzeką. Narew płynie spokojnie, ale to ona wyznacza jedną z najważniejszych linii podziału w regionie. – Kurpie są za rzeką – słyszymy. – Tu już nie. To zdanie powraca jak refren. Bo choć w przewodnikach i w potocznych rozmowach Ostrołęka bywa nazywana „stolicą Kurpi”, etnografia mówi co innego. Kurpie zaczynają się po północnej stronie Narwi i sięgają do Omulwi. Dalej – Mazowsze, drobna szlachta, inna historia. – Babcia mojej żony mówiła zawsze: „tam na Kurpiach” – opowiada Mironczuk. – I babcia miała rację. Nauka po latach to potwierdziła.
Zieloni i Biali
Kurpie nie są jednorodne. Są Zielone – związane z Puszczą Zieloną – i Białe, których historia zaczyna się dopiero w XVIII wieku. Wtedy to Kurpie z północy zostali przesiedleni do Puszczy Białej, między Pułtuskiem a Ostrowią Mazowiecką. Umieli żyć z lasu: ciąć drzewa, wypalać smołę, pozyskiwać miód. Dla biskupów byli dobrym interesem. – My jesteśmy na granicy Kurpi Zielonych – tłumaczy przewodnik. – Na styku światów.
Spór o stolicę
Kto jest sercem Kurpi? Odpowiedź nigdy nie pada jednoznacznie. Jedni stawiają na Myszyniec – jedyne miasto na Kurpiach, inni na Kadzidło – wieś większą od miasta, pełną tradycji i symboli. – One walczą ze sobą – uśmiecha się Mironczuk. – I chyba długo jeszcze będą.
Szlachta biedna jak chłopi
Po tej stronie rzeki dominowała drobna szlachta. Biedna, często niemal nieodróżnialna od chłopów. Herby były, ale majątku – niewiele. – Z mieczykiem chodzili – żartuje przewodnik – ale w polu robili to samo, co chłopi. Ten społeczny tygiel ukształtował region: bez wielkich pałaców, za to z gęstą siecią wsi, nazwisk i rodowych opowieści.

Kościół, który pamięta powstanie
Wreszcie dochodzimy do murów. Starych, ciężkich od historii. W XVII wieku sędzia ziemi nurskiej, Tomasz Gocłowski, postanowił ufundować w Ostrołęce klasztor Bernardynom. Budowa trwała trzydzieści lat. Potem przyszło powstanie styczniowe. Jeden z zakonników zaangażował się w konspirację. To wystarczyło. W 1864 roku Rosjanie skasowali całe zgromadzenie. Klasztor zamieniono w budynek rządowy. Cisza wróciła na długie dziesięciolecia. Dopiero po odzyskaniu niepodległości, w 1927 roku, obiekt znów trafił do Kościoła. A w 1978 roku – już w czasach Gierka – stał się siedzibą nowej parafii.

Najszybszy święty
Parafia otrzymała patrona: Antoni Padewski. – To najszybciej kanonizowany święty w historii – słyszymy. – Trzysta pięćdziesiąt dwa dni od śmierci. Dziś kościół jest nie tylko świątynią, ale centrum dekanatu obejmującego miasto i okoliczne parafie. Czterdzieści tysięcy ludzi, kilka kościołów, jedna wspólna historia.

Miasto pogranicza
Ostrołęka nie daje się zamknąć w jednej definicji. Jest trochę mazowiecka, trochę kurpiowska. Chłopska i szlachecka. Pobożna i buntownicza – jak w 1863 roku. Idziemy dalej, a miasto powoli odsłania kolejne warstwy. Tu nic nie jest do końca oczywiste. I może właśnie dlatego warto słuchać takich opowieści – snutych w drodze, między rzeką a kościołem, między pamięcią a teraźniejszością.




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












