Australia i Polonia, Felieton, Historia, Polska, Świat

„Shoah”, czyli zgiełk i cisza Holokaustu

Maszynista Henryk Gawkowski w inscenizowanej scenie dojazdu parowozu do Treblinki. Fotografia stała się jedną z plakatowych wizytówek filmu „Shoah”. Fot. domena publiczna

Z końcem kwietnia br. minęło 41 lat od premiery głośnego filmu Claude’a Lanzmanna „Shoah. Prace nad filmem trwały 12 lat, od 1973 do 1985 roku. Zebrano 350 godzin materiału, z czego po niemal pięciu latach prac montażowych wykorzystano 9 godzin i 26 minut. W listopadzie 2025 roku Muzeum Żydowskie w Berlinie udostępniło 220 godzin nieznanych dotąd nagrań zebranych przez Lanzmanna w latach 1973-78. Stanowiły część jego prywatnego archiwum niewykorzystanego w filmie. Ich publikacja nie wzbudziła jednak emocji, jakie targnęły Polską po premierze „Shoah” 40 lat temu. Przynajmniej na razie.

Materiały do filmu gromadzono w kilkunastu krajach Europy oraz w USA i Izrealu. W czwartym roku prac Lanzmann przyjechał do Polski i w niej dojrzał obraz zagłady europejskich Żydów, jakiego nie znalazł nigdzie w Europie. Bo to na terenach okupowanej Polski Niemcy zamordowali blisko 5 milionów europejskich Żydów, przy czym w samych obozach zagłady zagazowano i spalono 3.5 miliona osób. Z 6 milionów ogółem zamordowanych połowę, 3 miliony, stanowili obywatele polscy, czyli 99% populacji przedwojennej diaspory żydowskiej w Polsce spotkała zagłada niemal totalna. Podobny wymiar „ostatecznego rozwiązania” znalazł w Treblince, Chełmnie, Sobiborze i Bełżcu, gdzie z 1.8 miliona straconych przeżyło niewiele ponad 100 osób. Obraz zagłady totalnej się dopełnił, kiedy nie zobaczył w tych miejscach śladów mordu – Niemcy starannie je zatarli – a w Chełmnie, Sobiborze i Bełżcu godnego upamiętnienia – ówczesna Polska Ludowa uznała bowiem Oświęcim, Majdanek i Treblinkę za wystarczające świadectwa niemieckiego ludobójstwa.Lanzmann, po intensywnych rozmowach z mieszkańcami wsi przyległych do miejsc tragedii całość swoich dociekań zwieńczył tezą: „Zagłada dokonała się w Polsce, rękami Niemców, na oczach Polaków”. Reszta była już formalnością: „.Film musi być w Polsce. Bo tam była śmierć”.

Na planie filmu „Shoa” w Chełmnie. Fot. domena publiczna

Chronologia. Hebrajskie słowo shoah oznacza katastrofę, zniszczenie, zagładę, a holokaust pochodzi z greckiego – holokauston – i oznacza ofiarne całopalenie. Na określenie eksterminacji Żydów często używa się tych terminów wymiennie. Lanzmann swój film zatytułował „Shoah”, czyli zagłada, ale rozpamiętuje w nim wyłącznie ofiary transportów śmierci do komór gazowych i krematoriów. Milczeniem pomija masowe egzekucje, często w miejscach zamieszkania bądź w ich pobliżu, w zasięgu wzroku i słuchu sąsiadów, czyli ok. 25% wszystkich ofiar niemieckiego ludobójstwa. Nie ma w filmie wzmianki np. o Babim Jarze w Ukrainie, gdzie niemieckie Sonderkomando w dwa dni rozstrzelało 33 tysiące ludzi. Ten tzw. Holokaust od kul lub Holokaust rozproszony, uznany przez Niemców za nieefektywny sposób realizacji „ostatecznego rozwiązania”, zastąpił Holokaust od gazu, czyli masowe gazowanie ludzi i palenie ciał. W „Shoah” elementem chronologii Zagłady pozostaje wątek mordów w Chełmnie, gdzie ludzi gazowano spalinami w specjalnych samochodach ciężarowych (gaswagen), ciała palono w lesie, prochy wrzucano do rzeki.

Jan Karski podczas wywiadu z Claude Lanzmannem (USA, 1978). Fot. domena publiczna

Doświadczenie pamięci. Lantzmann nie wykorzystał w filmie żadnych archiwalnych materiałów z czasów wojny: „Jeżeli znajdę choć jeden film pokazujący umierających Żydów w komorze gazowej, zniszczę swój” – tłumaczył. Nie ma też w filmie zestawień liczbowych czy statystyk: „Liczby odczłowieczają, 6 milionów zamordowanych to abstrakcja; jedna twarz, jeden głos, to jest prawda” – przekonywał. Brak również w filmie narratora, narracja prowadzona jest przez montaż relacji i wspomnień ocalonych, nielicznych oprawców, i świadków. Odwiedzając miejsca zagłady, Lanzmann chodzi po przyległych wsiach, zagląda na podwórka, do zagród, zagaduje przy kościele, płocie, konfrontuje mieszkańców z ocalałymi. Nagrywa i filmuje głównie polskich chłopów, biernych świadków Zagłady i kilku kolejarzy, jako tych uwikłanych w mord z przymusu. Z wielogodzinnych rozmów do filmu weszły tylko wybrane fragmenty, proste relacje w rodzaju – tu był płot obozu, tam moje pole, widziałem… (Treblinka); na tej stacji pracowałem jako pomocnik zwrotniczego, 50 metrów na południe zaczynało się obozowe ogrodzenie, widziałem… (Sobibór). Słucha relacji o odległych krzykach przerażonych ludzi zagłuszanych jakimś „gęganiem” lub muzyką i jak te krzyki cichną po kilkunastu minutach; tyle trwał marsz śmierci z kolejowej rampy do gazowej komory. „Nie dało się suszyć prania” – tak wspomina jedna z kobiet gęsty, cuchnący, tłusty dym z krematoryjnych kominów roznoszący się po okolicy. „Czuć było, jak się palili” – mówi ktoś inny. – „Dwa lata nie jadłem kolacji”. Lanzmanna intryguje przekonanie opowiadających o ich polskiej odrębności, gdy twierdzą, że Polacy nie daliby się tak zabijać, jak Żydzi, że trzeba było im, już przecież skazanym, również zabijać i Niemców i Ukraińców. Na reakcję jednego z dwóch ocalałych Żydów z Chełmna: „My też byliśmy Polakami…” słychać: „Nie. Żyd to Żyd”. Takie wypowiedzi to nie tylko film i polska wieś – dr Marek Edelman, rozpoznawalny w Polsce i świecie uczestnik powstania w warszawskim getcie w rozmowie z Hanną Krall wspomina, jak po upadku powstania, przekazujący mu fałszywe dokumenty na nazwisko Jan Mazur łącznik z AK mówi: „Teraz pan jest Polakiem”. Edelman odpowiada: „Ja zawsze byłem Polakiem”.

„30 milionów świadków głuchych, niemych i ślepych, pisał Lanzmann w 1978 roku. W wielu krajach podbitej przez Niemców Europy np. Rumuni, Bułgarii, Węgier, Słowacji, Holandii, Austrii, Norwegii czy Francji akty masowego wydawania Niemcom Żydów utożsamia się z proniemieckim reżimem i jego instytucjami. Brak podobnej zależności w okupowanej Polsce implikuje odpowiedzialność zbiorową, gdzie nawet mimowolny, bezsilny świadek nie pozostaje bez skazy. W jednym z wywiadów Lanzmann mówił: „Nie mam nic przeciwko Polakom i Polsce. Nic nie mogli zrobić. Było kilku, którzy cierpieli, widząc tragedię Żydów, ale większość była obojętna”. Rozczarowany takim przesłaniem Władysław Bartoszewski zastanawiał się, dlaczego Lanzmann nie porozmawiał choćby z jednym z kilku tysięcy polskich Sprawiedliwych, niekoniecznie z nim. A pisarz, Gustaw Herling–Grudziński, zarzucał Lanzmannowi, że swoim filmem pokazał jedynie „Obojętność Polaków”, a nie „Obojętność Świata”, bo ten o niemieckim ludobójstwie w Polsce dowiedział się już w 1942 roku z raportów Jana Karskiego, emisariusza polskiego rządu w Londynie. Takie i podobne kontrowersje podsycały proporcje filmowej narracji w „Shoah” – 7 i pół godziny w Polsce, polskiej wsi, z polskim chłopem; 120 minut opłakiwania pomordowanych i świadectwa ocalałych z Izraela, USA, Niemiec i Grecji; i 40 minut rozmowy z Karskim (z 8. godzin nagranych; Lanzmann całość wykorzystał dopiero 25 lat później w filmie „Raport Karskiego” (2010)).

Nie twierdzę, że wszyscy Polacy są antysemitami, ale polski antysemityzm istniał, przekonywał Lanzmann, a w autobiografii wyjaśniał: „Nie ja go wymyśliłem, od słów wypowiadanych przez niektórych mieszkańców Treblinki czy Chełmna zimno się robi, ale nie podżegałem ich do tego, wypowiadali się naturalnie i trudno było uwierzyć w to, co mówili”. W filmie Lanzmann pyta np.: „Gdyby dziś przywieźli tu Żydów, co byście zrobili?” Odpowiada kobieta: „Ja bym się modliła. Żeby nas ominęło”. W innym miejscu pyta: „Czy było Wam żal tych ludzi?” w odpowiedzi słyszy: A za co? Za Chrystusa to ich bóg pokarał. Ksiądz tak w kościele mówił. Że to kara. Podobne wypowiedzi się powtarzają, jednak taki obraz antysemityzmu nie jest polską specjalnością. Religijny antysemityzm umocowany mitem bogobójstwa, czyli niewybaczalnej odpowiedzialność Żydów za mękę i śmierć Chrystusa jest obecny w kulturze chrześcijańskiej całej Europy. Obraz Żydów–bogobójców przez stulecia opiewała liturgia katolicka Wielkiego Tygodnia w nabożeństwach, dramatach, misteriach i pieśniach (np. „Ludu mój ludu, cóżem ci uczynił…”). Kościół przez wieki sankcjonował też religijny antysemityzm mocą swoich synodów i soborów począwszy od tych najwcześniejszych: „Zakaz mieszanych małżeństw i stosunków seksualnych chrześcijan z Żydami” (synod w Elwirze, między rokiem 300 a 324); „Żydom nie wolno sprawować publicznych urzędów” (synod w Clermont, rok 535); „Żydom nie wolno zatrudniać chrześcijańskich służących i posiadać chrześcijańskich niewolników” (III synod w Orleanie, rok 538); „Chrześcijanom zabrania się leczenia u żydowskich lekarzy” (sobór w Trullo „Pod Kopułą”, rok 692); czy „Nakaz noszenia przez Żydów na ubraniach specjalnego oznakowania” jako „piętna żydowskiego” lub „znaku hańby” (IV Sobór Laterański, rok 1215). Dopiero Sobór Watykański II z 1964 roku, 25 lat po zakończeniu II wojny światowej, oficjalnie odrzucił ideę zbiorowej winy Żydów za śmierć Chrystusa.

W Polsce, akt koronacji matki Jezusa, Marii, na królową Polski (1656, 1920), stał się podwaliną mitu o jednolitym wyznaniowo, katolickim narodzie polskim. Mitu chybionego, bo w przedwojennej Polsce Żydzi stanowili ogromną i widoczną część społeczeństwa – przeszło 3 miliony – co wzmacniało współistnienie, ale i konflikty podżegane gniewem „bożego ludu”. Nie były one jednak systemowe ani państwowe, co historycznie odróżnia Polskę od innych państw Europy, gdzie np. w Hiszpanii wprowadzono przymusową chrystianizację Żydów (1492); w Anglii (1290), Francji (1306 i 1394) oraz Hiszpanii i Portugalii (1492-97) zarządzono wypędzenie ludności żydowskiej z poszczególnych miast i terytoriów; w Austrii, dekretem cesarskim (1787) nakazano przymusowe nadawanie Żydom zamieszkującym tereny cesarstwa nazwisk stałych (dziedzicznych); podobnie stało się w Prusach i Francji (1808); w Rosji od XV wieku do połowy wieku XVIII obowiązywał zakaz osiedlania się Żydów, a liczne pogromy pod koniec XIX i początku XX wieku spowodowały masową ich emigrację do Europy Zachodniej i USA. Tę mozaikę narodowych antysemityzmów rozmyły Ustawy Norymberskie niemieckich nazistów z 1935 roku. Wymierzone początkowo w Żydów niemieckich, po wybuchu wojny stały się zarzewiem „radykalnego rozwiązania kwestii żydowskiej” w całej okupowanej Europie (Wannsee, 1942). Masowe transporty Żydów, obywateli niemal wszystkich okupowanych przez Niemców państw Europy do obozów zagłady w Polsce, nadały temu niemieckiemu, państwowemu antysemityzmowi ponadnarodowy wymiar. Jedną z konsekwencji jest jednomyślna zgoda narodów o zachowaniu pamięci o ludobójstwie. Inną, już kontrowersyjną, pozostaje ciągle podnoszona kwestia współudziału w zbrodni.

Pasażerowie „pociągu Kastnera” w drodze do Szwajcarii (1944). Fot. domena publiczna

Pajęczyna zagłady. Z racji obecności w Polsce niemieckich „fabryk śmierci” i świadkowaniu zbrodni, stwierdzenia o „polskich obozach koncentracyjnych” stały się trywialnym przykładem pomówień Polaków o współudział w niemieckim ludobójstwie. Lanzmann nie licytował się z tym kłamstwem, pytał za to o zbiegów z transportów i gett, czy ich widziano, co się z nimi działo, czy ktoś im pomagał. Te pytania pozostają bez jednoznacznych odpowiedzi do dzisiaj. Jedną z możliwych przedstawił prof. Jan Grabowski, historyk z Uniwersytetu w Ottawie (Kanada) w artykule opublikowanym w The Australian Weekend w 2024 roku (17–18.08). Autor twierdzi, że z gett w Polsce i transportów śmierci zbiec mogło nawet do 250 tys. Żydów, z czego przeżyło ok. 30 tys., pozostali padli ofiarą łapanek kolaborującej z Niemcami policji granatowej, ochotniczych straży pożarnych, denuncjacji, a nawet mordu. Tezy Grabowskiego nie znajdują jednak zrozumienia ani u części historyków, ani u polskiej opinii publicznej. Ta ostatnia ciągle preferuje obraz cierpień rodaków ratujących owych 30 tys. zbiegłych Żydów, kwestionując jednocześnie liczebność pozostałych. Ale pytań o ich los przybywa, bo ilu by ich nie było, byli. I cierpieli.

W „Shoah” Lanzmann pokazuje historyka Raula Hilberga, który objaśnia faktury Societe Nationale des Chemnis de fer Francais (SNCF), francuskiej kolei państwowej obsługującej transporty Żydów z Francji do obozów zagłady w Polsce. SNCF przetransportowała do Polski w bydlęcych wagonach ok. 76 tys. osób, za co wystawiała Niemcom faktury. Za każdy transport opłatę naliczano jak za bilet 3. klasy w jedną stronę – do Auschwitz 400 franków za osobę dorosłą, 200 za dziecko. Zleceniodawcą i płatnikiem był Niemiecki Zarząd Wojskowy we Francji. Dopiero w 1995 roku, 10 lat po premierze „Shoah”, prezydent Jacques Chirac uznał odpowiedzialność Francji za te deportacje. W 2010 roku wyceniono ówczesny zysk SNCF na równowartość 14 mln euro, a w 2014 roku wypłacono 60 mln dolarów odszkodowania ocalałym i ich rodzinom mieszkającym w USA. Lanzmann nie wspomina o Słowacji czy Węgrzech, skąd wywieziono do obozów w Polsce ok. 600 tys. ludzi, ani o Holandii z obozem przejściowym w Westerbork, skąd na śmierć do Polski wywieziono ok. 100 tys. osób. Pojawia się na krótko Grecja, z której morderczy transport na trasie Saloniki-Auschwitz trwał 8–10 dni. Lanzmann nie sfilmował też niczego w podparyskim Drancy, skąd wyruszały francuskie transporty SNCF do Polski. Mówił: „Drancy to poczekalnia. Mnie interesuje koniec”.

„Pociąg Kastnera” przekraczający granicę Niemiecko-Szwajcarską (1944). Fot. domena publiczna

A koniec był w Polsce. Jego świadkami stali się w „Shoah” polscy kolejarze. Maszynista Henryk Gawkowski w inscenizowanej scenie w kabinie parowozu opowiada o wożeniu „śmierci na raty”, kiedy prowadził do Treblinki składy bydlęcych wagonów załadowanych wycieńczonymi głodem i pragnieniem ludźmi. W takich wagonach przewożono zwykle do 8 koni, ale dla Żydów nie było norm, upychano 100–150 ludzi w każdym. W panującym ścisku ciała zmarłych w drodze stały niekiedy kilka dni. Jan Piwoński, kolejarz z Sobiboru, opisuje transporty francuskich Żydów – na stacji składy 60 towarowych wagonów z błagającymi o wodę i powietrze ludźmi rozdzielano na segmenty po 20 wagonów każdy, po czym kolejno, w dwu- trzygodzinnych odstępach, wtaczano je za bramę obozu. Tyle trwał mord i zacieranie śladów przed następnym. Franz Suchomel, strażnik SS z Treblinki, w rozmowie z Lanzmannem (przed ukrytą kamerą) potwierdzał: „Transport z Grodna miał 5000 ludzi. W trzy godziny wszyscy byli martwi”.

Arka Noego. Instrukcja niemieckich kolei Reichsbahn nadzorującej transport kolejowy w okupowanej Europie nakazywała: Przy transportach Żydów unikać wagonów pasażerskich efekt psychologiczny plus koszta. Zgodnie z tą dyrektywą do obozów i miejsc zagłady niemal 100% Żydów przetransportowano bydlęcymi wagonami. Efekt psychologiczny objaśniał komendant Auschwitz, Rudolf Hoess: „Najpierw musieli przestać być profesorami, bankierami, adwokatami; w wagonie stawali się numerem”. Albo inaczej: „Przyjeżdżali w futrach z walizkami Loius Vuitton, a trafiali do tej samej komory co chasydzi z Karpat”. Nie przystaje do tych uwag zdarzenie, jakie miało miejsce w czerwcu 1944 roku na jednym z dworców w Budapeszcie. Ostatniego dnia tego miesiąca odjechały z niego 3 transporty węgierskich Żydów. Jeden ze składów liczył 35 wagonów bydlęcych, ale tylko dla 1686 podróżnych, ich bagaży, żywności i przemycanych leków. Skład ten odjechał do Szwajcarii, nie do Auschwitz. Nazwano go później „Arką Noego”, a zdarzenie „aferą Kastnera”. Życie każdego pasażera tego pociągu Niemcy wycenili na 1000 ówczesnych dolarów płaconych w złocie, kosztownościach i walucie. Listę podróżnych ustalał Rudolf Kastner, organizator transportu. Do Szwajcarii dojechali po kilku miesiącach. Cali i zdrowi. Pozostałe 2 transporty z 6–7 tys. ludźmi w takich samych wagonach odjechały z tej samej stacji i tego samego dnia do Auschwitz. Podróż trwała 3 dni. Nie sposób ustalić, ilu zmarło w drodze, ale wiadomo, co stało się z resztą: 6–9 tys. ludzi mordowano w Auschwitz jednego dnia. Kastnera zastrzelił w Tel Awiwie w 1957 roku ocalały, młody węgierski Żyd, którego rodzinę zagazowano w Auschwitz. Po zamachu izraelski Sąd Najwyższy głosami 3:2 uznał, że Kastner nie kolaborował z niemieckimi nazistami. Jego pogrzeb odbył się jednak bez ceremoniału należnego bohaterom, w obecności garstki tych, których ocalił. Lanzmann o Kastnerze nie wspomina, nie przystawał do obrazu zagłady totalnej, bez ratunku, wyboru i nadziei, jaki kreował w „Shoah”. Być może dlatego nie widział też powodu, by rozmawiać Markiem Edelmanem, który zagładę getta w Warszawie oglądał przez pryzmat „jednak” wyboru: „Wiedzieliśmy, że zginie 100% nas. Ale 100% zginie tak czy owak. Woleliśmy więc zginąć z bronią”. To bohaterstwo, dla Lanzmanna, nieistotny wymiar Zagłady.

Marian W Radny

  1. Wszystkie materialy zebrane przez Claude Lanzmanna znajdują się w Claude Lanzmann Shoah Collection w United States Holocaust Memorial Museum – Collection.ushmm.org. Poza filmem „Shoah”, ze zgromadzonego materiału powstały inne filmy Lanzmanna: „Sobibór, 14 października 1943” (2001), „Raport Karskiego” (2010), „Ostatni z niesprawiedliwych” (2013), i „Cztery Siostry” (2015).
  2. Jacek Leociak „Młyny Boże”, Czarne, 2018.
  3. Jan Grabowski, „Hijacking history of the Holokaust”, The Australian Weekend, 17/18.08.2024
  4. Stwierdzenie Jana T. Grossa (Die Welt, 2016), że „Polacy w czasie wojny zabili więcej Żydów niż Niemców”, spotkało się zarówno z aprobatą (prawdopodobne…) jak i z dezaprobatą (historyczne kłamstwo, manipulacja…) wypowiadających się na ten temat historyków i komentatorów.