Jeszcze kilka dni temu z nieskrywanym zachwytem rozpisywałem się o taktycznym geniuszu Tony’ego Popovicia. Nasi Socceroos z chirurgiczną precyzją wypunktowali Turcję, pokazując dojrzałość, dyscyplinę i wyrachowanie, którego tak boleśnie brakuje polskim Orłom, oglądającym ten turniej z perspektywy kanapy przed telewizorem. Po tamtym meczu uwierzyliśmy, że niemożliwe nie istnieje. Niestety, brutalne zderzenie z reprezentacją Stanów Zjednoczonych w Seattle szybko sprowadziło nas na ziemię.

Stare piłkarskie powiedzenie mówi, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Selekcjoner reprezentacji Australii postanowił rzucić wyzwanie tej odwiecznej prawdzie i po genialnym otwarciu turnieju zaczął kombinować. W wyjściowej jedenastce na mecz z Amerykanami zabrakło architektów sukcesu z Vancouver. Nestory Irankunda oraz Connor Metcalfe, ku zaskoczeniu wszystkich, usiedli na ławce rezerwowych.
Choć w pierwszych minutach na Seattle Stadium nasi Socceroos podjęli rękawicę, próbowali grać agresywnie, to szybko okazało się, że tym razem po drugiej stronie stoi rywal z zupełnie innej półki. Jankesi byli po prostu za silni, doskonale zorganizowani i dodatkowo niesieni dopingiem własnych trybun. Amerykanie od początku narzucili mordercze warunki, a dynamiczne rajdy Folarina Baloguna i Christiana Pulisica raz po raz rozrywały linię obrony Kangurów.
Pierwsza połowa spotkania była dla kibiców z antypodów bolesnym doświadczeniem. Gospodarze turnieju nas zdominowali i dosłownie wepchnęli dwa gole do naszej siatki. Najpierw w 11. minucie, po ostrym i płaskim wstrzeleniu piłki w pole karne, pechowy rykoszet od Camerona Burgessa zakończył się samobójem. Socceroos próbowali się otrząsnąć, ale tuż przed przerwą, w 43. minucie, otrzymaliśmy drugi cios. Po gigantycznym zamieszaniu w polu karnym i zablokowanym desperacko strzale, Alex Freeman z najbliższej odległości wbił piłkę głową do bramki. Do szatni schodziliśmy z wynikiem 0:2.
W drugiej połowie nastąpiły wyczekiwane i wymuszone przez sytuację zmiany. Trener Popović poszedł po rozum do głowy i wpuścił na murawę m.in. Irankundę. Efekt był widoczny gołym okiem, bo Australia od razu zaprezentowała się znacznie korzystniej. Gra w drugich 45 minutach stała się płynniejsza, środek pola zaczął wreszcie funkcjonować, a Kangury ruszyły do odważniejszych ataków. Niestety, w przeciwieństwie do inauguracyjnego starcia z Turcją, tym razem zabrakło nam taktycznego wyrachowania i odrobiny szczęścia w wykończeniu akcji. Amerykanie, mając bezpieczny wynik, mądrze kontrolowali boiskowe wydarzenia i ostatecznie znacznie lepsza postawa Socceroos w drugiej odsłonie nie zmieniła już końcowego rezultatu.
O tym, jak niezwykle intensywny i wyniszczający był to pojedynek, niech świadczy absolutnie niecodzienny obrazek z końcówki spotkania. Tempo meczu dało się we znaki do tego stopnia, że potężne, bolesne skurcze w nogach złapały nawet… arbitra głównego, który na kilka chwil musiał przerwać grę i skorzystać z pomocy medycznej.
W drugim wczorajszym meczu w naszej grupie Paragwaj zrehabilitował się po porażce z Amerykanami i wypunktował Turcję, wygrywając skromnie, ale w pełni zasłużenie 1:0. Taki obrót sprawy oznacza, że reprezentacja Stanów Zjednoczonych z kompletem sześciu punktów jest już pewna awansu. Z kolei Turcy po dwóch porażkach z zerowym dorobkiem zamykają tabelę. Dla nas wniosek jest prosty: w ostatniej kolejce gramy z Paragwajem bezpośredni mecz o wszystko. Obie ekipy mają po 3 punkty, więc margines błędu praktycznie się wyczerpał. Jeśli jednak na boisko wyjdzie taka Australia, jaką widzieliśmy z Turcją – zdyscyplinowaną, waleczną i grającą według żelaznego planu, to o wynik możemy być spokojni.
Grzegorz Turski (gpt)




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












