Syberyjski śnieg, perskie słońce i dom na końcu świata. Są takie podróże, których nie mierzy się kilometrami. Nie prowadzą do celu, lecz od jednego ocalenia do następnego. Zaczynają się w miejscu, z którego trzeba uciekać, i kończą tam, gdzie człowiek po raz pierwszy od dawna może zasnąć bez strachu. Ale nawet wtedy nie wiadomo, czy naprawdę dotarł do domu.

Dla polskich dzieci, które 1 listopada 1944 roku przybyły do Pahiatua w Nowej Zelandii, taka podróż trwała już od kilku lat. Zostawiły za sobą Syberię, głód, choroby, śmierć bliskich i niepewność, czy następnego dnia będzie jeszcze komu podać im rękę. Potem była Persja, długie oczekiwanie i ocean, który należało przepłynąć, choć wojna wciąż nie pozwalała zapomnieć o niebezpieczeństwie.
Na końcu tej drogi czekał obóz. Baraki, ogrodzone przestrzenie, budynki po dawnych jeńcach wojennych. A jednak właśnie tam, na drugim końcu świata, miało się rozegrać jedno z najważniejszych doświadczeń ich życia: próba ocalenia tego, co zostało z dzieciństwa, rodziny i Polski.
Droga, która zaczęła się na Syberii
Ich historia nie rozpoczęła się w Nowej Zelandii. Zaczęła się znacznie wcześniej, na wschodnich ziemiach przedwojennej Rzeczypospolitej, skąd sowieckie deportacje wyrwały całe rodziny. Dzieci, które powinny znać zapach rodzinnego domu, ciepło matczynej dłoni i zwyczajny rytm szkolnych dni, poznawały rzeczywistość więzień, łagrów i syberyjskich osiedli. Uczyły się, czym jest głód, jak wygląda choroba, kiedy brakuje lekarstw, i jak szybko człowiek może zniknąć z życia innych.
Niektóre straciły rodziców. Inne nie wiedziały, gdzie podziali się ich bliscy ani czy kiedykolwiek ich zobaczą. Dla wielu wojna oznaczała nie tylko utratę domu, lecz także utratę pewności, że dom w ogóle jeszcze istnieje.
Kiedy opuściły Związek Sowiecki, trafiły do Persji. W Isfahanie, gdzie zgromadzono polskich uchodźców, rozpoczął się kolejny etap ich niepewnego życia. Było to miejsce wytchnienia, ale niekoniecznie miejsce, w którym mogły pozostać. Przed nimi wciąż stało pytanie o przyszłość.
Latem 1944 roku zaczęły docierać wiadomości, że część dzieci, przede wszystkim sieroty, zostanie wysłana do Nowej Zelandii. Dla jednych była to szansa na ocalenie. Dla innych – kolejna rozłąka i jeszcze większe oddalenie od kraju, do którego pragnęli wrócić.
Wojna musiała przecież kiedyś się skończyć. Polska miała odzyskać wolność. Tak myślał również ks. Michał Wilniewczyc, któremu powierzono opiekę duszpasterską nad dziećmi. Sam nie chciał jechać. Liczył na rychły koniec wojny i powrót do ojczyzny. Próbował nawet przekonać przełożonych, by jego miejsce zajął ktoś inny. Był kapłanem, który również miał za sobą dramatyczne doświadczenia, a jednak wciąż wierzył, że droga do Polski może wkrótce stanąć przed nim otworem.
Los zdecydował inaczej
„Mnie jako młodszego postanowiono wysłać do tego odległego kraju, można śmiało powiedzieć na koniec świata” – zanotował później. Nie wiedział jeszcze, że właśnie tam, wśród dzieci pozbawionych rodzinnego domu, przyjdzie mu podjąć jedną z najważniejszych misji swojego życia.
Ocean wojny
Z Isfahanu dzieci ruszyły autokarami do Achwazu. Było ich ponad siedemset, a towarzyszyło im około stu dorosłych: nauczycieli, lekarzy, wychowawców i osób odpowiedzialnych za organizację podróży. Następnie angielski statek zabrał ich do Bombaju. Tam czekał amerykański transportowiec „General Randall”.
Przed nimi rozciągał się ocean.
Dzieci nie płynęły jednak przez spokojny świat, w którym wystarczyło patrzeć na wodę i wypatrywać lądu. Trwała wojna. Na pokładzie znajdowali się żołnierze amerykańscy, australijscy i nowozelandzcy, a przez pierwsze dni konwój osłaniały krążowniki i samoloty. Potem pozostawała już tylko nadzieja i – jak pisał ks. Wilniewczyc – Opatrzność.
Gaszono światła. Podejrzane odgłosy dobiegające z głębin budziły niepokój. Kapitan nakazywał zrzucanie bomb głębinowych. Ocean Indyjski nie był wówczas jedynie przestrzenią oddzielającą kontynenty. Był częścią wojny, w której nawet daleka od frontu podróż mogła skończyć się tragedią.
A jednak na pokładzie wciąż były dzieci
Biegały, bawiły się, szukały towarzystwa. Ich świat, choć tak boleśnie okaleczony, nie przestał być światem dziecięcym. W zabawie można było na chwilę zapomnieć o tym, co zostało za rufą statku. Można było udawać, że morze jest tylko ogromnym placem zabaw, a nie drogą prowadzącą przez niebezpieczeństwo.
Jedna z nauczycielek, Olga Sygierycz, ciężko zachorowała. Obawiano się, że nie przeżyje podróży. Statek płynął jednak dalej, okrążając Australię i kierując się ku Nowej Zelandii.
Pod koniec października 1944 roku dotarł do Wellington
Na nabrzeżu czekali przedstawiciele polskich władz i gospodarze nowej ojczyzny na czas uchodźstwa. Byli tam polski konsul Kazimierz Antoni Wodzicki z żoną Marią oraz premier Nowej Zelandii Peter Fraser. Dla przybyszów musiał to być niezwykły widok: ludzie, którzy nie znali ich wcześniejszego cierpienia, przyszli ich powitać. Nie byli obojętni. Nie odwracali wzroku. Ale podróż jeszcze się nie skończyła.

Pierwszy dzień w Pahiatua
1 listopada dzieci wyruszyły pociągiem do Pahiatua. Czekało je ponad sto kilometrów drogi przez nieznany kraj. Po obu stronach torów pojawiali się mieszkańcy. Wychodzili z domów, machali do przejeżdżającego pociągu, witali dzieci, które przybywały z odległego świata. Być może nie wszyscy potrafili wyobrazić sobie, co oznaczały dla nich słowa „Syberia”, „deportacja” czy „sowiecki łagier”. Ale potrafili okazać życzliwość.

Dla dzieci musiał to być widok szczególny. Po latach strachu zobaczyły ludzi, którzy uśmiechali się do nich bez podejrzliwości i bez wrogości. Nikt nie kazał im uciekać. Nikt nie groził rozdzieleniem rodziny. Nikt nie żądał, by udowadniały, że zasługują na miejsce w świecie.
W Pahiatua czekał na nie obóz, w którym wcześniej przebywali jeńcy wojenni, przede wszystkim Japończycy. Teraz dawne baraki miały stać się domem polskich dzieci.
Była bieżąca zimna i ciepła woda, kanalizacja, centralne ogrzewanie i asfaltowe drogi. Działały sala kinowa, niewielka kaplica i szpitalik. Po syberyjskich doświadczeniach warunki te mogły wydawać się niemal niewyobrażalnym luksusem.
Tyle że wygodny barak nie jest jeszcze domem. Dach nad głową nie zastępuje matki. Szpitalik nie przywraca tych, którzy umarli. Ciepła woda nie usuwa wspomnień, których dziecko nie powinno nigdy gromadzić.
Ks. Wilniewczyc rozumiał to lepiej niż wielu innych.
2 listopada odprawił pierwszą Mszę świętą – najpierw w kaplicy, później w sali kinowej. Wkrótce rozpoczął się oficjalnie nowy etap życia obozu. On jednak nie mówił o początku nowego życia. Nazywał go kolejnym odcinkiem tułaczki. „Oto nowy odcinek naszej drogi tułaczej, naszego wygnania” – mówił.

W tych słowach nie było przesady. Dzieci znalazły się bezpiecznie daleko od wojennego frontu, ale wciąż pozostawały daleko od kraju, który uważały za swój. Nie wiedziały, czy i kiedy będą mogły do niego wrócić. A przecież dla wielu z nich Polska nie była już konkretnym miejscem na mapie. Stawała się wspomnieniem, opowieścią dorosłych, słowem wypowiadanym podczas modlitwy.
Polska w walizkach i modlitewnikach
W Pahiatua szybko zaczęto organizować szkoły. Osobne dla chłopców i dziewcząt. Powstały przedszkole, gimnazjum i kursy krawieckie. Było harcerstwo, polskie przedstawienia, jasełka, tańce i uroczystości narodowe. Dzieci uczyły się, bawiły i dorastały. Wśród baraków zaczynało się życie, które miało im przywrócić choć część utraconej normalności. Był też język polski. Modlitwa. Pieśni. Pamięć.
W listopadzie do obozowej kaplicy trafił obraz Matki Boskiej Kozielskiej, podarowany przez dwie kobiety z Wellington. Wniesiono go uroczyście, między szpalerem harcerzy i sodalisek. Dla kogoś z zewnątrz mógł to być po prostu religijny obraz. Dla dzieci miał znaczenie znacznie większe.
Był znakiem, że Polska nie została całkowicie utracona. Że można ją zachować nawet wtedy, gdy nie ma się własnego domu, rodzinnych pamiątek ani pewności, czy kiedykolwiek zobaczy się ojczystą ziemię.
Polska przyjechała z nimi do Pahiatua w walizkach, w modlitewnikach, w pieśniach i we wspomnieniach nauczycieli. Była w biało-czerwonych barwach, w polskich słowach, w świętach obchodzonych według dawnych zwyczajów. W każdej lekcji, podczas której dzieci poznawały historię kraju, z którego zostały wyrwane.
Ks. Wilniewczyc szybko zrozumiał, że po głodzie, chorobach i bezpośrednim zagrożeniu życia pojawiło się inne niebezpieczeństwo. Zapomnienie.
Spotykał Polaków, którzy mieszkali w Nowej Zelandii od końca XIX wieku. Wielu z nich zachowało wiarę, ale część modliła się już wyłącznie po angielsku i nie znała nawet polskich zwyczajów wigilijnych. Był to dla niego sygnał ostrzegawczy. Wiedział, że człowiek może stopniowo utracić język, a wraz z nim pamięć o pochodzeniu i więź z ojczyzną.
Dlatego sprzeciwiał się pomysłom zamykania polskich klas i kierowania dzieci do szkół nowozelandzkich. Nie chciał, by po przetrwaniu sowieckich deportacji rozpłynęły się w świecie, który dawał im bezpieczeństwo, lecz mógł odebrać im odrębność.
Kiedy planowano wysłać do nowozelandzkich szkół 47 dziewcząt, ostatecznie wyjechało tylko dziewięć. Wydawać by się mogło, że to niewiele. Ale za tą decyzją kryła się walka o przyszłość młodych ludzi. O to, czy będą mogli dorastać w nowym kraju, nie tracąc jednocześnie świadomości, skąd pochodzą.
Dzieci bez dokumentów
Najbardziej przejmujące karty wspomnień księdza Wilniewczyca nie dotyczą wielkich wydarzeń ani uroczystych przemówień. Dotyczą dzieci, których przeszłość była tak niepewna, że nie można było odnaleźć nawet dokumentów potwierdzających ich chrzest.
W grudniu udzielił chrztu warunkowego jedenastu dzieciom przygotowującym się do pierwszej Komunii świętej. Były zupełnymi sierotami. Nie miały nawet starszego rodzeństwa, które mogłoby zaświadczyć o ich wcześniejszym chrzcie.
Trudno wyobrazić sobie bardziej przejmujący obraz wojennego spustoszenia. Dziecko, które powinno mieć rodzinę, pamiątki i dokumenty przechowywane przez rodziców, znalazło się na drugim końcu świata bez kogoś, kto mógłby opowiedzieć jego historię. Nie było pewności, gdzie przyszło na świat, co dokładnie wydarzyło się z jego bliskimi i jakie ślady po nich jeszcze pozostały.
Kilka dni później dzieci otrzymały nowe ubrania, książeczki do nabożeństwa, medaliki i pamiątkowe obrazki. Następnego dnia po raz pierwszy przystąpiły do Komunii świętej.
Był to gest opieki, ale również próba przywrócenia im poczucia przynależności. Ktoś o nich pamiętał. Ktoś przygotował dla nich ubrania, książeczki i drobne upominki. Ktoś chciał, by ten dzień był ważny.
W życiu tych dzieci wydarzyło się już tak wiele, że zwyczajne dzieciństwo trzeba było odbudowywać z pojedynczych elementów. Z lekcji, rozmów, wspólnych posiłków, świąt i małych uroczystości. Z gestów, które w innych warunkach byłyby czymś oczywistym, a tutaj nabierały szczególnego znaczenia.
Pahiatua nie było więc wyłącznie miejscem schronienia. Stawało się miejscem dorastania. Były przyjaźnie, przedstawienia, harcerskie zbiórki, wyjazdy wakacyjne do nowozelandzkich rodzin. Był śmiech i ciekawość świata. Dzieci, które tak wcześnie poznały cierpienie, musiały nauczyć się żyć na nowo. Ale przeszłość nie znikała. A przyszłość wciąż pozostawała niepewna.
Czy można stracić ojczyznę po raz drugi?
Z biegiem lat coraz więcej młodzieży kierowano do szkół nowozelandzkich. Rozwiązano gimnazjum, a młodzi ludzie trafiali do środowiska, w którym codziennym językiem był angielski. Asymilacja, która dla części wychowanków oznaczała otwarcie nowych możliwości, dla ks. Wilniewczyca była także zagrożeniem.
Nie chciał, aby dzieci wyrwane ze szponów śmierci na Syberii zostały ostatecznie utracone dla swojej dawnej ojczyzny. Spierał się z przedstawicielami miejscowego kościoła, w tym z ks. Janem Patrykiem Kavanaghem, który opowiadał się za szybszą asymilacją. Nie chodziło wyłącznie o szkołę. Spór dotyczył odpowiedzi na pytanie, jak pomóc dzieciom odnaleźć się w nowym świecie, nie odbierając im jednocześnie prawa do własnej tradycji.
Czy można stać się częścią nowego społeczeństwa i zachować język rodziców? Czy trzeba wybierać między bezpieczeństwem a pamięcią? Czy człowiek może mieć dwa domy, a mimo to nie stracić pierwszego?
Dla tych, którzy zostali wyrwani z rodzinnych stron, nie były to abstrakcyjne rozważania. Ich dawny świat w dużej mierze przestał istnieć. Po wojnie wschodnie ziemie Rzeczypospolitej znalazły się w granicach Związku Sowieckiego. Rodzinne domy i majątki utracono, a bliscy wielu dzieci zginęli lub zostali wywiezieni. Powrót często nie oznaczał więc powrotu do znanego miejsca, lecz próbę odnalezienia się w rzeczywistości, która nie była już tą samą ojczyzną.
W 1947 i 1948 roku władze komunistyczne w Warszawie domagały się powrotu dzieci do Polski. Rząd Nowej Zelandii odmówił. Dzieci otrzymały możliwość pozostania w kraju, który przyjął je w najtrudniejszym momencie życia. Wiele z nich z czasem uzyskało obywatelstwo nowozelandzkie.
Obóz w Pahiatua przetrwał do 1949 roku. Powstały polskie internaty w Wellingtonie: dla chłopców na Island Bay, dla dziewcząt w Lyall Bay. Były to rozwiązania dalekie od spełnienia marzeń o powrocie do rodzinnych domów, ale pozwalały zachować część wspólnoty, która narodziła się podczas wojennej tułaczki.
Człowiek, który pozostał z dziećmi
Ks. Michał Wilniewczyc opuścił Pahiatua w grudniu 1947 roku. Był zmęczony. Miał za sobą więzienie, łagier, pracę w Iranie i lata poświęcone dzieciom, które potrzebowały nie tylko kapłana, lecz także opiekuna i przewodnika.
Przed wyjazdem napisał do młodzieży list pożegnalny. „Ścieżki nasze się rozchodzą” – stwierdził. Prosił, aby pamiętała o Polsce, języku, tradycji, wierze i ojczyźnie.
Nie żegnał się z nimi jak urzędnik kończący służbę. Żegnał się człowiek, który przez kilka lat dzielił z nimi codzienność, troski i niepewność. Człowiek, który wiedział, że nie wystarczy uratować dziecka przed śmiercią. Trzeba jeszcze pomóc mu odnaleźć sens życia po tragedii.
Jego własna droga również była niezwykła. Po wyjeździe z Nowej Zelandii studiował we Włoszech, gdzie uzyskał doktorat. W 1957 roku, po latach od aresztowania, wrócił do Polski i zamieszkał w Drohiczynie nad Bugiem, na terenie pozostałej w granicach kraju części diecezji pińskiej. Jego życie stało się częścią historii polskiego duchowieństwa naznaczonego wojną, zesłaniem i emigracją.
Ale w pamięci dzieci z Pahiatua pozostał przede wszystkim jako ktoś, kto nie pozwolił im uwierzyć, że skoro utraciły dom, muszą utracić również siebie.
Pamięć, która nie zna odległości
Pahiatua było dla polskich dzieci miejscem ocalenia, ale nie końcem ich tułaczki. Jedne pozostały w Nowej Zelandii, inne szukały swojej drogi w świecie. Wiele z nich założyło rodziny i zbudowało życie daleko od ziemi, z której pochodziły. Dla kolejnych pokoleń Polska stawała się krajem opowieści, rodzinnych wspomnień i przekazywanych z pokolenia na pokolenie fragmentów historii.
Nie wszystkie dzieci wróciły do ojczyzny. Nie wszystkie mogły wrócić. Niektóre nie miały już do kogo ani dokąd. Dlatego historia Pahiatua nie jest wyłącznie opowieścią o wojennej ewakuacji. Jest świadectwem tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy zostaje wyrwany z własnego świata, i tego, jak wiele można ocalić dzięki trosce innych ludzi.

1 listopada 1944 roku dzieci wysiadły z pociągu w obcym kraju. Za sobą miały syberyjski śnieg, perski upał i ocean, na którym wciąż groziło im niebezpieczeństwo. Przed sobą – baraki, szkołę, kaplicę i nieznaną przyszłość. Nie wiedziały, że właśnie ten dzień stanie się jednym z najważniejszych w ich życiu.
Dzisiaj, kiedy 1 listopada zapalamy znicze na polskich cmentarzach, warto pamiętać również o tych, których los rozrzucił po świecie. O dzieciach, które straciły rodziców, domy i rodzinne strony. O tych, które musiały dorastać w kraju odległym o tysiące kilometrów od Polski. I o księdzu w sutannie, który próbował przekonać je, że choć znalazły się na końcu świata, ojczyzna nie musi być daleko.
Bo ojczyzna to nie tylko granice, miasta i domy. To również język, którym człowiek nazywa najważniejsze rzeczy. To pieśń, którą pamięta z dzieciństwa. Modlitwa, której nauczyła go matka. Opowieść, którą ktoś przekazuje dalej, aby nie zniknęła wraz z ostatnim świadkiem.
Dzieci z Pahiatua przeszły przez piekło, ale nie pozwoliły, by odebrano im wszystko. Wśród obcych krajobrazów próbowały ocalić pamięć o własnym świecie. A ksiądz Michał Wilniewczyc przypominał im, że nawet wtedy, gdy człowiek traci dom, nie musi utracić swojej tożsamości.
Dlatego 1 listopada warto zapalić w pamięci jeszcze jeden znicz. Dla dzieci, które w 1944 roku dotarły na drugi koniec świata. Dla tych, które przeżyły, choć tak wiele przemawiało przeciwko nim. Dla tych, które zbudowały nowe życie, zabierając ze sobą to, czego nie zdołała odebrać im wojna. Dla polskich dzieci z Pahiatua.
Leszek Wątróbski




USD
AUD
CAD
NZD
EUR
CHF
GBP 












